Prawo i Sprawiedliwość może jeszcze długo tłumaczyć swoje sondażowe kłopoty rozłamem, Mateuszem Morawieckim, Konfederacją, mediami i Donaldem Tuskiem. Znacznie trudniej będzie jednak uciec od diagnozy, która pada już nie ze strony politycznych przeciwników, lecz z własnej części politycznego świata. Paweł Lisicki w „Do Rzeczy” zatytułował swój najnowszy komentarz bez żadnych niedomówień: „PiS-u problem z wiarygodnością”. Kiedy podobne pytania zaczyna zadawać środowisko, którego czytelnicy przez lata stanowili naturalne zaplecze prawicy, Jarosław Kaczyński ma problem znacznie poważniejszy niż kilka straconych punktów procentowych.
Liczby rzeczywiście wyglądają dla PiS źle. „Praktycznie wszystkie sondaże pokazują spadek poparcia dla PiS” – pisze Lisicki. Przypomina, że jeszcze przed rokiem partia mogła liczyć na około 25–30 proc. głosów, podczas gdy obecnie wyniki wielu badań oscylują wokół 18–19 proc. Najnowszy IBRiS daje jej jeszcze mniej – 17,3 proc. Tymczasem Konfederacja znalazła się już bardzo blisko PiS. To oznacza, że partia Kaczyńskiego nie tylko straciła pozycję równorzędnego konkurenta dla największego ugrupowania rządzącego, lecz musi coraz uważniej oglądać się za siebie.
Najłatwiejsze wyjaśnienie brzmi oczywiście: Morawiecki. Były premier odszedł i stworzył Rozwój Plus, zabierając ze sobą część elektoratu. „Do tej pory Rozwój Plus żadnych nowych wyborców nie zdobył, zabrał natomiast ok. 5–6 punktów procentowych partii Jarosława Kaczyńskiego” – ocenia Lisicki. Potwierdza to kierunek widoczny w badaniach po rozłamie: prawica jako całość nie musiała gwałtownie tracić, ale wyborcy zaczęli dzielić swoje poparcie między kilka konkurujących ugrupowań.
Dla PiS pocieszenie jest jednak niewielkie. Partia może oskarżać Morawieckiego o rozbijanie prawicy, ale w ten sposób omija znacznie trudniejsze pytanie: dlaczego tak wielu dotychczasowych wyborców PiS było gotowych odejść? Silna partia nie traci kilku punktów tylko dlatego, że jeden z jej polityków zakłada konkurencyjne ugrupowanie. Musi wcześniej pojawić się grupa ludzi, która zaczyna szukać innej oferty.
I tutaj wracamy do wiarygodności. PiS przez lata budowało swoją siłę na przekonaniu, że różni się od pozostałych partii: jest bardziej konsekwentne, bardziej ideowe i bardziej odporne na polityczne kompromisy. Po ośmiu latach rządów znacznie trudniej sprzedawać taką opowieść. Wyborcy pamiętają Polski Ład, personalne konflikty, problemy z rozliczeniem własnych błędów oraz kolejne spory wewnątrz obozu. Dziś dodatkowo obserwują otwartą wojnę dawnych współpracowników Kaczyńskiego i Morawieckiego.
Sam Rozwój Plus również szybko przekonał się, jak ważna na prawicy jest kwestia wiarygodności. Lisicki zwraca uwagę na poparcie Donalda Tuska dla kandydata tej formacji na wicemarszałka. Jego zdaniem wtedy „wyborcy prawicy przestali mu ufać”. Dodaje: „Politycy PiS mówią o zdradzie i mają dużo racji. Tylko że w ten sposób wcale nie pomagają sobie”. To ostatnie zdanie jest dla partii Kaczyńskiego szczególnie niewygodne. Można bowiem przekonywać wyborców, że zdradził Morawiecki, ale nie da się w ten sposób odbudować zaufania do PiS.
Jeszcze kilka lat temu krytykę partii Kaczyńskiego można było łatwo przedstawiać jej sympatykom jako atak politycznych przeciwników. Dziś podobna metoda działa coraz słabiej, skoro pytania zaczynają padać również po prawej stronie. I właśnie dlatego tekst „Do Rzeczy” jest dla PiS ważniejszym ostrzeżeniem niż kolejny niekorzystny komentarz w medium kojarzonym z obecną władzą.
Sondaże mogą się oczywiście zmienić, a pojedynczego badania nie należy traktować jak wyniku wyborów. Problem polega na trendzie oraz coraz większym rozdrobnieniu prawej strony sceny politycznej. PiS nie może już zakładać, że wyborca rozczarowany Tuskiem automatycznie wróci do Kaczyńskiego. Ma do wyboru Konfederację, partię Grzegorza Brauna czy Rozwój Plus, może też po prostu zostać w domu.
I to powinno najbardziej niepokoić PiS. Partia Kaczyńskiego może przegrać spór z Tuskiem i później próbować go wygrać ponownie. Znacznie trudniej odzyskać wyborcę, który przestał wierzyć własnej partii. Kiedy zaś o „problemie z wiarygodnością” zaczyna pisać już „Do Rzeczy”, nie da się wszystkiego zbyć opowieścią o wrogich mediach i politycznych przeciwnikach. Najgroźniejsza krytyka dla PiS zaczyna dziś dochodzić z miejsca, z którego przez lata płynęło przede wszystkim poparcie: z własnej strony politycznej barykady.











