Radosław Sikorski dotknął problemu znacznie poważniejszego niż kolejna personalna awantura między rządem a Pałacem Prezydenckim. Polska nie może mieć dwóch polityk zagranicznych: jednej prowadzonej przez rząd, a drugiej budowanej na własny użytek przez prezydenta. Zwłaszcza w chwili, gdy za wschodnią granicą trwa wojna, Rosja pozostaje głównym zagrożeniem dla bezpieczeństwa naszego regionu, a Warszawa zabiega o trwałe zwiększenie obecności wojskowej Stanów Zjednoczonych. W takich warunkach demonstracyjne różnice między najważniejszymi ośrodkami władzy nie są pokazem pluralizmu. Są prezentem dla tych, którzy chcieliby widzieć Polskę podzieloną.
Sikorski powiedział to bez dyplomatycznych ozdobników. „To, że mamy taki rozdźwięk, on jest złamaniem konstytucji. Pan prezydent powinien reprezentować politykę zagraniczną rządu, nawet gdy się z nią nie zgadza. Prowadzi inną politykę niż rząd i to nie wzmacnia pozycji Polski” — stwierdził minister spraw zagranicznych. To mocne oskarżenie, ale nie wzięło się z powietrza. Konstytucja rzeczywiście powierza prowadzenie polityki zagranicznej Radzie Ministrów, natomiast prezydent ma w tej dziedzinie współdziałać z premierem i szefem MSZ.
Spór szczególnie wyraźnie ujawnił się podczas wystąpienia Karola Nawrockiego na forum ONZ. Prezydent wiele mówił o rosyjskim imperializmie, sowieckich zbrodniach i polityce siły. Przekonywał, że bezkarność Związku Sowieckiego stworzyła niebezpieczny precedens, a Rosja do dziś korzysta z przekonania, że agresja może pozostać bez realnych konsekwencji. To diagnoza, z którą trudno polemizować. Sam Nawrocki mówił, że brak rozliczenia dawnych zbrodni był sygnałem, iż „naruszanie prawa międzynarodowego, agresja i imperialna polityka mogą pozostać bez realnych konsekwencji”.
Problem zaczyna się jednak tam, gdzie z tej trafnej diagnozy znika państwo, które rosyjski imperializm próbuje dziś fizycznie zniszczyć. Sikorski zwrócił uwagę, że w przemówieniu zabrakło bezpośredniego odniesienia do Ukrainy. „Zabrakło Ukrainy, to bardzo dziwne” — komentował szef MSZ. Trudno nie zauważyć paradoksu: mówić na forum ONZ o rosyjskiej agresji, imperializmie i destabilizacji Europy, a jednocześnie pozostawić na dalszym planie kraj, który od ponad czterech lat odpiera pełnoskalową rosyjską inwazję.
Sikorski poszedł dalej. Przyznał, że Nawrocki dostrzega zagrożenie płynące z Moskwy, lecz zarzucił mu wykorzystywanie antyukraińskich nastrojów do polityki krajowej. Według ministra prezydent „na sentymentach sterowanych z zewnątrz przeciwko Ukrainie próbuje zwiększyć swoje słupki poparcia”. To już ocena polityczna Sikorskiego, której nie sposób traktować jako dowiedzionego faktu. Warto jednak postawić pytanie, czy zaostrzanie sporu z Kijowem w chwili, gdy Rosja prowadzi przeciw Ukrainie wojnę, rzeczywiście zwiększa bezpieczeństwo Polski.
Jeszcze wyraźniej różnicę stylu pokazała sprawa amerykańskich baz. Gdy Sikorskiego zapytano, czy Pałac Prezydencki może próbować przedstawić ewentualne zwiększenie obecności USA jako własny sukces, odpowiedział: „Ja się w taką małostkową rozgrywkę partyjniacką nie będę mieszał, to jest sprawa bezpieczeństwa Polski”. I właśnie tego powinno się oczekiwać od polityki zagranicznej: mniej wyścigu o fotografie i zasługi, więcej konsekwencji i wspólnego interesu państwa.
Karol Nawrocki może mieć własne poglądy na Ukrainę, Rosję czy Unię Europejską. Prezydent nie jest przecież ceremonialnym dodatkiem do rządu. Konstytucja nie daje mu jednak mandatu do budowania równoległej dyplomacji państwa. Im bardziej niebezpieczny staje się świat, tym mniej Polska może sobie pozwolić na sytuację, w której sojusznicy muszą zgadywać, czy słuchają stanowiska Warszawy, stanowiska rządu czy stanowiska Pałacu Prezydenckiego.
Właśnie dlatego spór wywołany przez Sikorskiego nie dotyczy urażonych ambicji dwóch polityków. Dotyczy pytania znacznie prostszego: czy Polska chce mówić na zewnątrz jednym głosem. W czasach rosyjskiej wojny odpowiedź powinna być oczywista.











