PiS miało tej jesieni pokazać, że odzyskuje inicjatywę. Na razie pokazuje coś dokładnie odwrotnego. W Krakowie kandydat partii Jarosława Kaczyńskiego nie wszedł nawet do drugiej tury, kończąc wybory z wynikiem 17,5 proc. W Warszawie nie udało się zebrać wystarczającej liczby podpisów, aby doprowadzić do referendum w sprawie odwołania Rafała Trzaskowskiego.
Oczywiście referendum nie było formalnie inicjatywą PiS, więc nie można jego fiaska zapisywać bezpośrednio na konto Kaczyńskiego. Trudno jednak nie zauważyć politycznego znaczenia tych dwóch wydarzeń: prawica miała pokazać, że potrafi mobilizować niezadowolonych wyborców, tymczasem w dwóch największych polskich miastach dostała dwa bardzo zimne prysznice. I to niemal jeden po drugim.
Stołeczna Operacja Referendalna zebrała 111 tys. podpisów. Potrzebowała około 132 tys. ważnych podpisów, a w praktyce organizatorzy zakładali nawet większy zapas, ponieważ część podpisów mogłaby zostać zakwestionowana podczas weryfikacji. Ostatecznie do referendum więc nie dojdzie. „Nie będzie w Warszawie referendum” – przyznał Maciej Wilk. Jednocześnie próbował znaleźć w całej akcji pozytywny element: „W mojej ocenie zdarzyło się na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy coś wyjątkowego. Nie mieliśmy dawno w Warszawie takiego oddolnego, obywatelskiego zrywu”.
111 tys. podpisów rzeczywiście nie jest liczbą, którą można lekceważyć. Pokazuje, że w Warszawie istnieje znaczna grupa mieszkańców krytycznie nastawionych do obecnych władz miasta. Ale polityka jest brutalna: referendum albo się odbywa, albo się nie odbywa. Organizatorzy nie przekroczyli wymaganego progu, a Rafał Trzaskowski nie będzie musiał stawać przed wyborcami w głosowaniu nad swoim odwołaniem.
Dla PiS problem jest szerszy. Partia od dawna przekonuje, że rządy obecnego obozu wywołują coraz większe niezadowolenie społeczne. Gdyby skala tego niezadowolenia była tak duża i tak łatwa do politycznego wykorzystania, jak sugeruje część opozycyjnej narracji, stolica powinna być miejscem szczególnie intensywnej mobilizacji. Tymczasem nawet inicjatywa nastawiona bezpośrednio przeciwko jednemu z najbardziej rozpoznawalnych polityków KO nie zdołała doprowadzić do referendum.
Jeszcze bardziej niepokojąco dla PiS wygląda to w zestawieniu z Krakowem. Tam partia miała własnego kandydata i wyjątkowo korzystną sytuację po prawej stronie. Rozwój Plus nie wystawił konkurenta, kandydat Konfederacji również ostatecznie nie znalazł się na karcie, a mimo to Drewnicki zakończył wybory na trzecim miejscu. Jarosław Kaczyński próbował przekonywać, że „nasz wynik jest zdecydowanie dobry”, ale liczby pozostają liczbami: 17,5 proc., podczas gdy Łukasz Gibała uzyskał 36,38 proc., a Monika Piątkowska 29,91 proc.
W ciągu kilkudziesięciu godzin prawica dostała więc dwa ostrzeżenia z dwóch największych polskich miast. W Krakowie PiS nie potrafiło wejść do drugiej tury, choć po swojej stronie sceny miało niewielką konkurencję. W Warszawie nie udało się zebrać liczby podpisów koniecznej nawet do uruchomienia procedury odwołania Trzaskowskiego.
Nie oznacza to oczywiście, że na podstawie Krakowa i Warszawy można przewidzieć wynik przyszłorocznych wyborów parlamentarnych. Wielkie miasta od dawna są dla PiS trudnym terenem, a referendum warszawskie było inicjatywą obywatelską, nie partyjną. Te zastrzeżenia są ważne. Nie zmieniają jednak zasadniczego problemu: PiS potrzebuje dziś dowodów, że potrafi rozszerzać własne poparcie, a początek jesieni dostarcza dowodów dokładnie odwrotnych.
I właśnie dlatego ostatnie dni powinny być dla Kaczyńskiego alarmem. PiS może tłumaczyć Kraków specyfiką miasta, a Warszawę tym, że referendum organizował ruch obywatelski. Każdą porażkę z osobna da się jakoś objaśnić. Problem zaczyna się wtedy, gdy kolejne niepowodzenia układają się w serię. Kraków miał pokazać siłę PiS – skończył się 17,5 procentami. Warszawa miała pokazać skalę buntu przeciwko Trzaskowskiemu – zabrakło podpisów nawet do referendum. Jesień dopiero się zaczyna. Dla PiS zaczęła się fatalnie.











