Donald Tusk najwyraźniej zrozumiał, że jego wyborcom przestały wystarczać zapewnienia, iż rozliczenia poprzedniej władzy „trwają”. Chcą konkretów: postępowań, zarzutów, odzyskiwania pieniędzy i odpowiedzi na pytanie, co właściwie stało się z państwem w ciągu ośmiu lat rządów PiS. Premier odpowiedział więc w swoim stylu — trochę ironią, trochę statystyką i Tuwimem. „Najpierw powoli, jak żółw ociężale, ruszyła maszyna po szynach ospale” — zaczął nagranie poświęcone rozliczeniom. I trudno nie dostrzec, że właśnie tempo było dotąd największym problemem tej operacji.
Bo wyborcy koalicji rządzącej mieli prawo do zniecierpliwienia. Po zmianie władzy oczekiwali, że sprawy, o których przez lata czytali w mediach, szybko doczekają się finału. Tymczasem miesiące mijały, a kolejne komisje, zawiadomienia i śledztwa nie dawały poczucia przełomu. W polityce zaś liczy się nie tylko to, co rzeczywiście dzieje się w prokuraturach i sądach, lecz także to, czy obywatele widzą efekty działania państwa.
Tusk próbuje dziś przekonać własny elektorat, że właśnie ten moment nadchodzi. I zamiast kolejnej ogólnej deklaracji wyciąga liczby. „314 spraw w toku. W 152 sprawach przedstawiono zarzuty. 678 podejrzanych. Łącznie 1598 zarzutów” — wylicza premier. Do tego dochodzi ponad 484 mln zł zabezpieczonego majątku. Same statystyki oczywiście nie przesądzają o winie kogokolwiek, bo od tego są niezależne sądy. Pokazują jednak coś innego: rozliczenia nie są już tylko politycznym hasłem powtarzanym na konferencjach prasowych.
314 spraw, 678 podejrzanych, 1598 zarzutów i ponad 484 mln zł zabezpieczonego majątku. pic.twitter.com/jHzLKAni1y
— Donald Tusk (@donaldtusk) September 28, 2026
Dobrym symbolem tej zmiany są działania w sprawie Polskiej Fundacji Narodowej. Zatrzymani zostali Piotr Matczuk, dziś związany z Telewizją Republika, oraz Anna Plakwicz, pracująca w Kancelarii Prezydenta. Sprawa dotyczy nieprawidłowości badanych przez prokuraturę i właśnie dlatego trzeba zachować podstawową zasadę państwa prawa: zatrzymanie nie oznacza skazania. Ale równie ważna jest zasada przeciwna — polityczna pozycja, obecne stanowisko czy medialne zaplecze nie mogą chronić nikogo przed działaniem organów ścigania.
I tu dochodzimy do sedna odpowiedzi Tuska. Rozliczenia poprzedniej władzy nie mogą polegać na urządzaniu politycznego spektaklu ani na spełnianiu internetowego zapotrzebowania na natychmiastowe wyroki. Jeżeli mają cokolwiek znaczyć, muszą być prowadzone w taki sposób, żeby materiał dowodowy wytrzymał później próbę sądu. Wolniej, niż chciałaby część wyborców? Być może. Ale z punktu widzenia państwa znacznie ważniejsze jest, aby sprawy kończyły się rozstrzygnięciami, a nie efektownymi konferencjami.
Tusk trafnie odwołuje się więc do „Lokomotywy”. Maszyna wymiaru sprawiedliwości rzeczywiście rusza ciężko. Trzeba zebrać dokumenty, przesłuchać świadków, prześledzić przepływy finansowe i zbudować materiał, którego nie rozbije pierwsza apelacja. Demokracja ma tę wadę, że działa wolniej niż polityczny odwet. Ma jednak również wielką zaletę: nie powinna potrzebować odwetu.
Premier musi teraz udowodnić, że przedstawione liczby są początkiem, a nie finałem. Bo jego wyborców nie interesuje statystyczna księgowość śledztw, lecz odpowiedź na pytanie, czy państwo potrafi skutecznie dochodzić odpowiedzialności bez względu na nazwisko i partyjną legitymację. „Mówiłem wam, że będzie drugie danie i deser, nie tylko żurek” — przypomniał Tusk.
Skoro tak, pozostaje powiedzieć: żurek już podano. Teraz wyborcy będą patrzeć, czy rzeczywiście przyjedzie cały obiecany przez premiera skład — i czy tym razem lokomotywa nie zatrzyma się przed stacją końcową.











