Jarosław Kaczyński dostał decyzję TSUE i natychmiast zrobił z niej kolejną opowieść o Donaldzie Tusku wykonującym polecenia Niemiec. Nie potrzebował dokumentów potwierdzających taki scenariusz ani dowodów na pozorowanie działań przez polski rząd. Wystarczył niekorzystny dla Warszawy werdykt, żeby prezes PiS ogłosił: „Skarga miała być przykrywką, bo wiemy, że Tusk i Krajewski w sprawie tej umowy działali pod dyktando Niemiec”. Problem polega na tym, że od politycznego oskarżenia do udowodnionego faktu jest jeszcze spory kawałek drogi. Kaczyński po raz kolejny próbuje go przeskoczyć jednym zdaniem.
TSUE nie uwzględnił polskiego wniosku o zastosowanie środka tymczasowego, który miał zawiesić wykonanie decyzji Rady UE dotyczącej tymczasowego stosowania umowy z Mercosurem. Trybunał uznał, że Polska nie wykazała dostatecznie ryzyka poważnej i nieodwracalnej szkody. To niewątpliwie niepowodzenie polskiego rządu i można pytać, czy Warszawa nie powinna była działać wcześniej, skuteczniej i inaczej konstruować swoją strategię prawną. Nie wynika z tego jednak, że skarga była fikcją przygotowaną po to, aby oszukać rolników.
Fakty są bardziej skomplikowane niż przekaz prezesa PiS. Polska sprzeciwiała się umowie, próbowała wraz z innymi państwami zbudować mniejszość blokującą, a w marcu Sejm przyjął uchwałę wzywającą rząd do jej zaskarżenia. 24 kwietnia minister rolnictwa Stefan Krajewski publicznie zapowiadał skierowanie sprawy do TSUE, 6 maja rząd przyjął odpowiedni wniosek, a 10 maja Polska formalnie wniosła skargę. Można zarzucać rządowi, że nastąpiło to zbyt późno, zwłaszcza że tymczasowe stosowanie części handlowej rozpoczęło się 1 maja. Sam fakt późnego wniesienia skargi nie dowodzi jednak, że została ona pomyślana jako „przykrywka”.
Jeszcze poważniejszy problem pojawia się przy słowach o działaniu „pod dyktando Niemiec”. To jedno z ulubionych politycznych oskarżeń Kaczyńskiego wobec Tuska, ale jego częste powtarzanie nie zmienia go automatycznie w fakt. Jeżeli prezes PiS posiada dowody, że premier lub minister rolnictwa realizowali w sprawie Mercosuru instrukcje niemieckiego rządu, powinien je przedstawić. Bez tego pozostaje sugestia polityczna – niezwykle wygodna dla partii, która od lat przedstawia swojego głównego przeciwnika jako polityka podporządkowanego Berlinowi.
Kaczyński mówi również, że konsekwencje decyzji będą uderzać „nie tylko w przyszłość naszego rolnictwa, ale także w zdrowie konsumentów”. Obawy dotyczące konkurencji dla europejskich producentów, standardów żywności i skuteczności klauzul ochronnych są przedmiotem realnego sporu i zasługują na poważną debatę. Tym bardziej nie powinno się ich sprowadzać do kolejnego odcinka opowieści o Tusku i Niemcach. Jeżeli PiS uważa zabezpieczenia umowy za niewystarczające, powinno wskazywać konkretne produkty, limity, mechanizmy kontroli i rozwiązania, które Polska powinna forsować na poziomie europejskim.
Najbardziej charakterystyczne jest jednak zakończenie wpisu Kaczyńskiego: „Mieli bronić polskich interesów w UE, a wyszło jak zawsze…”. To doskonałe hasło partyjne, ale niewiele wyjaśnia. Polska nie zdołała zbudować wystarczającej mniejszości państw zdolnej zatrzymać umowę, a teraz nie uzyskała żądanego zabezpieczenia przed TSUE. To są fakty, za które rząd może być politycznie rozliczany. Czym innym jest jednak powiedzenie „rząd okazał się nieskuteczny”, a czym innym „rząd tylko udawał, bo wykonywał polecenia Niemiec”. Pierwsze jest oceną rezultatów. Drugie wymaga dowodów.
Kaczyńskiemu najwyraźniej bardziej odpowiada ta druga wersja, bo jest znacznie prostsza i politycznie wygodniejsza. Nie trzeba w niej tłumaczyć skomplikowanej procedury europejskiej, układu głosów w Radzie ani podstaw prawnych polskiej skargi. Wystarczy Tusk, Berlin i zdradzony polski rolnik. Tyle że powtarzanie tej samej opowieści przy każdej europejskiej porażce nie zastąpi argumentów. Jeśli prezes PiS chce rozliczać rząd z Mercosuru, ma do tego wystarczająco dużo realnych powodów i pytań. Nie musi dopisywać do nich nieudowodnionej historii o „przykrywce” i niemieckim dyktandzie. Bo im częściej Kaczyński zamiast dokumentów wyciąga Niemcy, tym bardziej wygląda to nie jak analiza polityki rządu, lecz jak stara partyjna płyta puszczana niezależnie od tego, co naprawdę wydarzyło się w Brukseli.











