PiS nie musi już nawet przedstawiać dowodów. Wystarczy podrzucić odpowiednio skonstruowaną opowieść, w której Karol Nawrocki jest twardym przywódcą, Donald Tusk nieodpowiedzialnym premierem, a bezpieczeństwo Polski zostaje uratowane dopiero dzięki interwencji prezydenta. Potem wystarczy kilka „oni mówią”, jedno „wydaje mi się” i sugestywne „coś musiał Karol Nawrocki powiedzieć”, żeby polityczny spin zaczął funkcjonować jak sensacyjne ustalenie.
I właśnie dlatego historia przedstawiona przez Joannę Miziołek budzi tak poważne zastrzeżenia. Nie dlatego, że z góry wiadomo, iż jest nieprawdziwa. Dlatego, że na razie nie przedstawiono dowodów, które pozwalałyby uznać ją za prawdziwą. Dominika Wielowieyska trafiła więc w sedno: dziennikarz nie jest od kolportowania wygodnych dla partii opowieści. Jest od sprawdzania, czy politycy przypadkiem nie próbują zrobić z niego tuby propagandowej.
Przyjrzyjmy się bowiem temu, co właściwie mówi Miziołek. „Oni mówią, że gdyby to wyszło, to byłoby to dla niego katastrofalne” – relacjonuje. Dalej pojawia się opowieść, że ktoś „w jakiś sposób postawił Tuska pod ścianą”. Następnie: „Wydaje mi się, że była to rozmowa między prezydentem a Donaldem Tuskiem”. I wreszcie: „Coś musiał Karol Nawrocki powiedzieć”. Na końcu tej konstrukcji znajduje się już bardzo konkretna teza: Tusk miał przycisnąć ministra Andrzeja Domańskiego, aby pieniądze się znalazły.
Tyle że pomiędzy „wydaje mi się” a tak poważnym oskarżeniem powinna znajdować się jeszcze jedna rzecz: weryfikacja. Bez niej mamy nie informację, lecz przekaz jednej ze stron politycznego sporu, któremu nadano atrakcyjną medialnie formę.
Wielowieyska brutalnie, ale celnie zwróciła uwagę właśnie na ten problem. „W tej sprawie są dwa spiny PiS-u, serwowane dziennikarzom: jeden bardziej wyrafinowany, szanujący inteligencję żurnalistów, drugi toporny, świadczący o tym, że politycy PiS traktują dziennikarzy jak idiotów” – napisała. I dodała: „Niestety Joasia była karmiona tym drugim spinem”.
Miziołek odpowiedziała, że zamiast zajmować się innymi dziennikarzami, zajmuje się „rozmowami z politykami i szukaniem informacji, o których inni nie mówią”. Problem w tym, że rozmowa z politykiem nie jest jeszcze potwierdzeniem informacji. Politycy przekazują dziennikarzom informacje, ale również własne interpretacje, półprawdy, przecieki służące konkretnemu celowi oraz zwyczajny spin. Zadaniem dziennikarza jest jedno od drugiego oddzielić.
W tym przypadku polityczny interes jest wyjątkowo czytelny. Narracja przedstawia Nawrockiego jako silnego prezydenta, który zmusił niechętnego Tuska do finansowania strategicznego projektu. Premier występuje w roli polityka, który początkowo miał skąpić pieniędzy na bezpieczeństwo, a następnie ustąpił dopiero pod naciskiem Pałacu Prezydenckiego. Dla PiS trudno byłoby wymyślić wygodniejszą historię.
Tyle że dostępne fakty komplikują ten obraz. Już w czerwcu Tusk informował o rządowym projekcie uchwały dotyczącej podjęcia działań na rzecz utworzenia stałej bazy amerykańskiej. Przedstawiciele MON prowadzili później rozmowy z Amerykanami dotyczące jej lokalizacji, a we wrześniu negocjacje weszły w kolejną fazę. Można oczywiście zakładać, że za kulisami dochodziło do sporów o pieniądze – w przypadku kosztownego przedsięwzięcia byłoby to wręcz naturalne. Ale od tego daleka droga do twierdzenia, że Tusk nie chciał bazy i został do niej przymuszony przez Nawrockiego.
Właśnie dlatego odpowiedź Wielowieyskiej jest tak celna: „Joasiu, z całą sympatią, nie wierz wszystkiemu, co mówią politycy. I ta zasada dotyczy polityków wszystkich opcji”. Jeżeli PiS dysponuje dokumentami potwierdzającymi, że Tusk odmówił finansowania bazy, niech je pokaże. Jeżeli istnieje zapis rozmowy z Nawrockim, który potwierdza tę wersję wydarzeń, niech zostanie ujawniony. Wtedy będzie można mówić o informacji, a nie o politycznej narracji.
Bo właśnie tak propaganda wygrywa z dziennikarstwem: nie wtedy, kiedy udowodni swoją wersję wydarzeń, lecz wtedy, kiedy sprawi, że nikt już nie będzie domagał się dowodów. Wystarczy anonimowy polityk, dramatyczna historia i dziennikarz gotowy ją powtórzyć. Potem rusza maszyna: media cytują media, politycy cytują media, partyjne konta cytują polityków, aż na końcu nikt nie pamięta, że cała „bomba” zaczęła się od słów „oni mówią” i „wydaje mi się”. I tutaj Wielowieyska ma rację: trzeba tę maszynę zatrzymywać na samym początku. Bo propaganda PiS, jeżeli uzna, że taki mechanizm działa, nie będzie miała żadnego powodu, żeby się ograniczać. Dzisiaj można opowiedzieć, że Nawrocki zmusił Tuska do obrony Polski. Jutro można opowiedzieć właściwie wszystko. Wystarczy znaleźć kogoś, kto zamiast zapytać „gdzie są dowody?”, powie do kamery: „oni mówią”.











