Donald Tusk właśnie zastawił na Karola Nawrockiego bardzo niewygodną polityczną pułapkę. Prezydent może z niej wyjść jednym podpisem. Jeżeli jednak postanowi wykorzystać ustawę podatkową do kolejnej wojny z rządem, sam będzie musiał tłumaczyć milionom Polaków, dlaczego człowiek przedstawiający się jako przeciwnik wysokich podatków zablokował ich obniżenie.
Tym razem nie chodzi o konstytucyjne spory, personalne nominacje ani kolejną bitwę Pałacu Prezydenckiego z premierem. Chodzi o pieniądze. Rząd proponuje podniesienie progu podatkowego do 130 tys. zł, stawkę 24 proc. między 130 a 150 tys. zł i pozostawienie 32 proc. dopiero dla dochodów przekraczających 150 tys. zł. Według rządowych wyliczeń skorzystać ma około 3,5 mln podatników. I dlatego Tusk trafia w najczulszy punkt prezydenckiej strategii: Nawrocki może nie znosić tego rządu, ale trudno będzie mu przekonująco wyjaśnić, dlaczego za tę niechęć rachunek mają zapłacić podatnicy.
Premier ujął to jeszcze prościej. „Polacy nie mogą płacić za stosunek prezydenta do rządu” – powiedział podczas posiedzenia Rady Ministrów. I trudno znaleźć lepsze podsumowanie sytuacji. Konflikt między Pałacem Prezydenckim a rządem jest faktem, ale obywatele nie powinni stawać się jego zakładnikami. Prezydent ma prawo nie zgadzać się z Tuskiem, wetować ustawy i proponować własne rozwiązania. Powinien jednak każdą ustawę oceniać według jej treści, a nie według tego, kto ją przyniósł do podpisu.
Tym razem treść jest wyjątkowo konkretna. „Jeśli prezydent podpisze ustawę, to podniesiemy kwotę pierwszego progu do 130 tys. zł rocznie i wprowadzimy pośrednią stawkę 24 proc. dla dochodów między 130 tys. a 150 tys. zł rocznie” – zapowiedział Tusk. Według rządowych szacunków odsetek podatników objętych stawką 32 proc. spadłby z około 14 do 7 proc.
Nie jest to oczywiście podatkowa rewolucja i nie wszyscy podatnicy na niej skorzystają. Największe korzyści odczują osoby o dochodach znajdujących się w pobliżu obecnego drugiego progu i powyżej niego. Tusk nie obiecuje również prezentu bez pokrycia. Rząd chce zrekompensować koszt zmian między innymi wyższym CIT dla największych przedsiębiorstw. Można dyskutować o szczegółach tej konstrukcji, ale trudno zarzucić jej brak próby wskazania źródła finansowania.
„Biorąc pod uwagę obowiązki państwa wynikające z potrzeb obronnych i rosnących wydatków na zdrowie, szukaliśmy odpowiedzialnych rozwiązań” – tłumaczy premier. To ważne zastrzeżenie, bo Polska nie znajduje się dziś w sytuacji pozwalającej urządzać podatkowe licytacje bez oglądania się na budżet. Państwo musi jednocześnie finansować armię, ochronę zdrowia i usługi publiczne. Obniżka podatków powinna więc oznaczać również odpowiedź na pytanie, skąd wziąć brakujące pieniądze.
I tutaj zaczyna się polityczny problem Nawrockiego. Prezydent sam przedstawiał propozycje podatkowe i budował swój wizerunek na obietnicy pozostawienia obywatelom większej części ich dochodów. Trudno byłoby zatem przekonująco wyjaśnić, dlaczego obniżka proponowana przez prezydenta jest dobra, natomiast obniżka przygotowana przez rząd staje się zła tylko dlatego, że firmuje ją Donald Tusk.
Premier doskonale rozumie tę sytuację i nie ukrywa jej politycznego wymiaru. „Bardzo bym chciał, żeby decyzje prezydenta służyły ludziom. Nie mam złudzeń co do stosunku prezydenta do rządu, ale ludzie nie mogą za to płacić” – powiedział. Po czym dodał: „Bardzo na to liczę, chyba że jestem naiwny”.
Teraz ruch należy do Nawrockiego. Jeżeli podpisze ustawę, pokaże, że potrafi oddzielić spór z Tuskiem od decyzji dotyczących portfeli obywateli. Jeżeli będzie chciał ją zablokować, będzie potrzebował czegoś znacznie poważniejszego niż kolejnego komunikatu o złym rządzie. Będzie musiał wyjaśnić milionom ludzi, dlaczego prezydent obiecujący niższe podatki nie zgodził się na niższe podatki, gdy zaproponował je jego polityczny przeciwnik. I właśnie dlatego ostatnie zdanie Tuska było najbardziej dotkliwe: „Bardzo na to liczę, chyba że jestem naiwny”.
To nie jest tylko uszczypliwość. To rzucone Nawrockiemu wyzwanie. Prezydent może bardzo łatwo udowodnić, że premier się myli. Wystarczy podpisać rozwiązanie, które uzna za korzystne. Jeśli natomiast jedynym problemem okaże się to, że ustawę przyniósł Tusk, rachunek polityczny będzie wyjątkowo prosty: 3,5 miliona potencjalnych beneficjentów po jednej stronie i prezydencka wojna z rządem po drugiej. I wtedy pytanie nie będzie już brzmiało, czy Tusk był naiwny. Będzie brzmiało: czy Nawrocki naprawdę chciał niższych podatków, czy chciał tylko o nich mówić?











