Jarosław Kaczyński znów znalazł się na barykadzie. Tym razem późnym wieczorem przed Trybunałem Konstytucyjnym, gdzie wraz z politykami i sympatykami PiS postanowił czekać na zapowiadane „siłowe” wprowadzenie nowych sędziów.
Był tylko jeden problem: sam prezes PiS nie wiedział, czy tej nocy ktokolwiek rzeczywiście zamierza do Trybunału wchodzić. Nie przeszkodziło mu to wezwać zwolenników i parlamentarzystów do przyjazdu na miejsce. Tak wygląda polityka budowana na atmosferze permanentnego alarmu: najpierw ogłasza się zagrożenie, potem mobilizuje ludzi, a dopiero na końcu zastanawia się, czy zagrożenie w ogóle istnieje. Kaczyński pojechał więc bronić Trybunału przed wydarzeniem, którego sam nie potrafił potwierdzić.
„Przyszedłem tutaj, bo kończy się wrzesień, bo była ta zapowiedź, że we wrześniu muszą wejść i w związku z tym doszedłem do wniosku, że moim obowiązkiem jest tutaj być w tym momencie” – tłumaczył Kaczyński. Brzmi dramatycznie. Jeszcze ciekawiej zrobiło się jednak chwilę później, gdy prezes PiS spojrzał na budynek TK i dokonał własnej analizy sytuacji. „To znaczy, że tam nikogo w tej chwili nie ma” – powiedział, zwracając uwagę, że w gmachu jest ciemno.
Ta scena niemal sama układa się w polityczną metaforę. Prezes największej partii opozycyjnej stoi nocą przed ciemnym budynkiem i mobilizuje ludzi przeciwko operacji, której rozpoczęcia nie potrafi potwierdzić. Mimo to wzywa: „Chodzi o to, żeby opór miał charakter społeczny, żeby było jak najwięcej osób, jak najwięcej parlamentarzystów”. „Opór” już zatem jest, choć nie wiadomo jeszcze dokładnie, przeciwko czemu trzeba go stawiać.
Spór wokół TK jest oczywiście rzeczywisty i prawnie poważny. Sejm 13 marca wybrał sześcioro sędziów Trybunału. Prezydent Karol Nawrocki 1 kwietnia przyjął ślubowanie od dwojga z nich. W przypadku pozostałej czwórki powstał konflikt dotyczący objęcia urzędu i skuteczności późniejszego ślubowania złożonego w Sejmie. Strony przedstawiają przeciwstawne interpretacje prawne; sprawa stała się również przedmiotem sporu kompetencyjnego. To nie jest więc sytuacja, którą można uczciwie opisać jednym hasłem o „najeździe” na Trybunał.
Tym bardziej osobliwy jest kolejny argument Kaczyńskiego. Podejrzane ma być to, że Sejm akurat nie obraduje. „Zrobili tydzień wolny od posiedzenia” – zauważył prezes PiS. Według jego rozumowania, gdyby posiedzenie trwało, parlamentarzyści znajdowaliby się kilkaset metrów od Trybunału, podczas gdy wielu z nich mieszka poza Warszawą. Przerwa w obradach zaczyna więc funkcjonować jako poszlaka świadcząca o możliwości przeprowadzenia tajemniczej operacji.
I właśnie tutaj polityczny spektakl zaczyna zastępować poważny spór konstytucyjny. Jeśli Kaczyński posiada konkretne informacje o planowanym bezprawnym siłowym działaniu, powinien je przedstawić: kto je przygotowuje, na jakiej podstawie, kiedy ma nastąpić i skąd pochodzi ta wiedza. Doniesienia o możliwości „siłowego przejęcia” TK rzeczywiście pojawiały się wcześniej w debacie publicznej, ale to nadal nie jest dowód, że operacja miała rozpocząć się właśnie tej nocy.
Kaczyński ma pełne prawo protestować przeciwko działaniom obecnej większości, organizować demonstracje i bronić własnej interpretacji konstytucyjnego sporu. Opozycja jest między innymi po to, żeby patrzeć rządzącym na ręce. Problem zaczyna się wtedy, gdy kontrolę zastępuje budowanie atmosfery nadciągającego zamachu, a przypuszczenie zaczyna być przedstawiane niemal jak fakt.
I dlatego nocna wyprawa Kaczyńskiego pod Trybunał mówi dziś więcej o samym PiS niż o sytuacji w TK. Prezes przyjechał bronić budynku, w którym – jak sam zauważył – było ciemno. Wezwał do „oporu społecznego”, choć nie potrafił powiedzieć, czy tej nocy wydarzy się cokolwiek, przeciwko czemu trzeba stawiać opór.
Nawet przerwa w posiedzeniach Sejmu zaczęła wyglądać w jego opowieści jak element większego planu. Tak powstaje polityka permanentnego stanu wyjątkowego: musi być atak, musi być zagrożenie, musi być mobilizacja i oczywiście musi być Jarosław Kaczyński stojący na barykadzie. Tylko czasem brakuje drobiazgu – atakujących.











