Karol Nawrocki znalazł sobie kolejny front wojny z Donaldem Tuskiem. Tym razem polem bitwy została Służba Ochrony Państwa, czyli formacja, która powinna znajdować się możliwie daleko od partyjnych przepychanek. Prezydent zablokował kandydaturę płk. Tomasza Jackowicza na komendanta SOP i nie przedstawił opinii publicznej konkretnego powodu, dla którego doświadczony oficer od miesięcy faktycznie kierujący formacją nagle nie nadaje się do kierowania nią oficjalnie.
Coraz trudniej oprzeć się więc wrażeniu, że nie chodzi już o Jackowicza. Chodzi o to, żeby kolejny raz powiedzieć Tuskowi „nie” i pokazać, kto może zatrzymać decyzję rządu. Marcin Kierwiński nazwał takie postępowanie „sabotażem państwowym”. To wyjątkowo ostre określenie, ale im dłużej Pałac nie przedstawia merytorycznych powodów swojej decyzji, tym trudniej sprowadzić cały spór wyłącznie do normalnego wykonywania prezydenckich kompetencji.
Nawrocki odmówił uzgodnienia kandydatury płk. Tomasza Jackowicza na komendanta SOP. Rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz poinformował, że kandydatura „nie uzyskała takiego uzgodnienia”, a następnie zapewnił, że prezydent pozostaje gotowy do zaakceptowania osoby, która „będzie dawała rękojmię profesjonalnego i stabilnego kierowania formacją”. Wszystko brzmi urzędowo i poważnie, tylko że brakuje najważniejszego: odpowiedzi na pytanie, dlaczego Jackowicz takiej rękojmi zdaniem prezydenta nie daje. Nie przedstawiono publicznie zarzutów dotyczących jego doświadczenia, kwalifikacji ani dotychczasowej służby. Zamiast konkretnego uzasadnienia pojawiła się formuła, która może znaczyć właściwie wszystko.
I właśnie na tę sprzeczność zwrócił uwagę Kierwiński. Przypomniał, że kiedy odchodził poprzedni komendant SOP, Pałac Prezydencki podkreślał odpowiedzialność szefa MSWiA za sytuację w formacji. Teraz, kiedy minister próbuje tę odpowiedzialność wykonywać, prezydent korzysta ze swojego prawa do odmowy. „No i już skończyła się moja ‘pełna odpowiedzialność’ zdaniem Pałacu Prezydenckiego, bo trzeba sypać piach w tryby” – powiedział Kierwiński. Trudno nie zauważyć politycznej logiki tego zarzutu. Nie można jednocześnie obarczać ministra odpowiedzialnością za funkcjonowanie służby i utrudniać mu obsadzenie jej kierownictwa, nie przedstawiając opinii publicznej konkretnych powodów.
Jackowicz nie jest przy tym człowiekiem przypadkowym. To pułkownik SOP, który wcześniej pełnił obowiązki komendanta po zawieszeniu gen. Radosława Jaworskiego. W formacji trwały wówczas poważne zmiany kadrowe i audyt, a kilku dyrektorów straciło stanowiska. Nie oznacza to oczywiście, że prezydent ma obowiązek zaakceptować Jackowicza. Oznacza jednak, że jeśli odrzuca doświadczonego oficera wywodzącego się z samej służby, powinien przedstawić przekonujące powody swojej decyzji.
Kierwiński idzie jeszcze dalej. „To jest przykład tak naprawdę takiego rodzaju sabotażu państwowego” – stwierdził, dodając, że zachowanie prezydenta jest „kompletnie niepoważne, nieodpowiedzialne”. Słowo „sabotaż” jest ostre i pozostaje polityczną oceną ministra, nie opisem stwierdzonego bezprawnego działania. Ale za tą retoryką znajduje się problem, którego Pałac nie powinien ignorować. Prezydent może korzystać ze swoich kompetencji, jednak powinien również brać odpowiedzialność za skutki swoich decyzji.
Najbardziej zastanawiająca jest tu konsekwencja Nawrockiego w otwieraniu kolejnych pól konfliktu z rządem. Spór z Tuskiem coraz częściej przestaje dotyczyć jednej ustawy czy jednej nominacji, a zaczyna przypominać zasadę funkcjonowania prezydentury. Rząd proponuje – Pałac blokuje. Rząd wskazuje kandydata – prezydent odpowiada odmową. Następnie obie strony oskarżają się o paraliżowanie państwa, a instytucja, której dotyczy konflikt, pozostaje pomiędzy nimi.
W przypadku SOP taka polityczna wojna jest szczególnie ryzykowna. Można uznać język Kierwińskiego za przesadnie ostry, ale trudno zignorować jego podstawowy argument: minister odpowiadający politycznie za służbę musi mieć możliwość sprawnego zarządzania nią, zaś prezydencka kontrola powinna opierać się na konkretnych przesłankach. Jeżeli Nawrocki wie coś, co dyskwalifikuje Jackowicza, powinien – w granicach dopuszczalnych ze względów bezpieczeństwa – powiedzieć to jasno. Jeżeli natomiast takich argumentów nie przedstawi, będzie wzmacniał podejrzenie, że prawdziwym problemem kandydata jest przede wszystkim to, kto go zgłosił.
I tu Kierwiński trafia w najczulszy punkt tej prezydentury. Państwem nie można zarządzać według dziecinnej zasady: Tusk mówi „tak”, więc Nawrocki odpowiada „nie”. Prezydent nie został wybrany po to, żeby każdego ranka szukać następnego miejsca, w którym może wsadzić kij w szprychy rządu. SOP nie jest zabawką w wojnie Pałacu z Kancelarią Premiera, a bezpieczeństwo najważniejszych osób w państwie nie powinno być rekwizytem w partyjnej awanturze. Kierwiński nazwał to „sabotażem państwowym”.
Nawrocki może uważać takie słowa za skandaliczne. Ma jednak bardzo prosty sposób, żeby osłabić ten zarzut: niech przedstawi konkretne powody odrzucenia Jackowicza. Dopóki tego nie zrobi, pozostanie podejrzenie, że w tej historii najważniejsze nie jest nazwisko przyszłego komendanta SOP. Najważniejsze jest nazwisko premiera. Bo coraz częściej wygląda na to, że dla Nawrockiego wystarczającym powodem do powiedzenia „nie” jest to, że wcześniej Donald Tusk powiedział „tak”.











