Jacek Sasin zabrał się za prostowanie historii. I już po kilku zdaniach pokazał, jak łatwo można ją wykrzywić, kiedy zamiast historycznej uczciwości potrzebuje się partyjnej amunicji.
Były wicepremier PiS oznajmił, że w sprawie Lecha Wałęsy „wiemy już dzisiaj naprawdę wszystko”, po czym z tego „wszystkiego” starannie wybrał przede wszystkim to, co od lat pasuje do propagandowej opowieści jego partii. Współpraca z SB – oczywiście. „Fatalna prezydentura” – koniecznie. Przywództwo Solidarności, konflikt z komunistycznym państwem, internowanie, Pokojowa Nagroda Nobla i rola Wałęsy w wydarzeniach prowadzących do upadku PRL – to Sasin załatwił niemal mimochodem stwierdzeniem, że „były pewnie i dobre strony”. Trudno o bardziej bezczelne ustawienie proporcji. Jedną z najważniejszych postaci polskiej historii XX wieku Sasin próbuje wcisnąć w partyjny szablon, a potem z kamienną twarzą oskarża innych o „fałszowanie historii”. Jeżeli tak wygląda obrona prawdy historycznej według PiS, to problemem nie jest brak wiedzy o Wałęsie. Problemem jest to, co Sasin postanawia z tą wiedzą zrobić.
„Jeśli chodzi o współpracę Lecha Wałęsy ze Służbą Bezpieczeństwa, to wiemy już dzisiaj naprawdę wszystko po ujawnieniu teczki, która znajdowała się w mieszkaniu Kiszczaka” – mówi Sasin. Rzeczywiście, ekspertyza dokumentów odnalezionych u Czesława Kiszczaka przyniosła ustalenia bardzo obciążające Wałęsę. Biegli uznali za autentyczne między innymi zobowiązanie do współpracy z grudnia 1970 roku, doniesienia oraz pokwitowania pieniędzy. Nie ma powodu tych ustaleń przemilczać ani udawać, że nie istnieją.
Tyle że historia Wałęsy nie skończyła się w 1976 roku. Ten sam IPN, którego ustalenia są tak chętnie przywoływane przy „Bolku”, stwierdza również, że później Wałęsa stał się działaczem opozycji i przywódcą Solidarności, a SB próbowała go kompromitować, między innymi fabrykując dokumenty sugerujące kontynuowanie współpracy w latach 80. To również jest częścią historii. Jeśli więc Sasin naprawdę chce walczyć z jej „fałszowaniem”, powinien opowiadać ją w całości, nawet wtedy, kiedy całość jest dla jego politycznej narracji niewygodna.
Tymczasem mówi: „Lech Wałęsa jest dzisiaj wynoszony na sztandary tych, którzy Polską rządzą – koalicji 13 grudnia”. I w tym momencie historyk zainteresowany najnowszymi dziejami ostatecznie ustępuje miejsca politykowi PiS. Samo użycie partyjnego określenia „koalicja 13 grudnia” zdradza prawdziwy cel wypowiedzi. Nie chodzi wyłącznie o Wałęsę i jego przeszłość. Były prezydent staje się pałką do uderzenia w obecny rząd, a spór sprzed pół wieku kolejną amunicją w bieżącej wojnie z Tuskiem.
Sasin dodaje, że „najbardziej zabawne” jest powoływanie się na autorytet Wałęsy przez środowisko, w którym znajdują się ludzie wywodzący się z dawnej lewicy. Można oczywiście wskazywać paradoksy polskiej polityki po 1989 roku. Ale z tego nie wynika, że historyczna rola Wałęsy zostaje unieważniona. Człowiek może mieć w życiorysie epizody kompromitujące i jednocześnie odegrać później ogromną rolę w wydarzeniach historycznych. Historia rzadko dostarcza postaci skonstruowanych tak wygodnie jak bohaterowie partyjnych spotów.
Co ciekawe, sam Sasin przyznaje w końcu, że „były pewnie i dobre strony”, choć natychmiast przechodzi do „fatalnej prezydentury Lecha Wałęsy”. To zdanie mówi o sposobie prowadzenia tej narracji więcej niż długi wykład. Jedna z najważniejszych postaci polskiej historii drugiej połowy XX wieku dostaje od Sasina zdawkowe „były pewnie i dobre strony”, podczas gdy wszystko, co może zostać wykorzystane przeciwko Wałęsie, zostaje wyłożone z pełną stanowczością.
Nie pomaga również zachowanie samego Wałęsy. Odpowiedź udzielona reporterowi wPolsce24 – „Pan sobie dupę wytrzyj tym” – jest ordynarna i niepotrzebna. Były prezydent wielokrotnie sam utrudniał rzeczową rozmowę o własnej przeszłości, reagując na pytania agresją albo zaprzeczaniem. Nie zmienia to jednak obowiązku polityków i mediów, by odróżniać dokumenty, ustalenia historyków i sądów od bieżącej propagandy.
Sasin chciał więc zdemaskować rzekome fałszowanie historii, a ostatecznie zademonstrował mechanizm, dzięki któremu można ją politycznie przerabiać bez zmieniania ani jednej daty. Wystarczy odpowiednio kadrować: „Bolek” ogromnymi literami, Solidarność drobnym drukiem, Nobel gdzieś na marginesie, a na końcu obowiązkowo Tusk i „koalicja 13 grudnia”.
Z tak przyciętej biografii zawsze wyjdzie dokładnie taki Wałęsa, jakiego w danym momencie potrzebuje PiS. Sasin ma pełne prawo krytykować byłego prezydenta, ale kiedy przedstawia własną politycznie wykrojoną wersję jego życiorysu jako obronę prawdy, zaczyna brzmieć jak człowiek oskarżający innych o sztuczkę, którą właśnie sam wykonał. Chciał przyłapać przeciwników na fałszowaniu historii. Przyłapał przede wszystkim samego siebie na jej wygodnym przycinaniu.











