Mateusz Morawiecki znów przedstawia się Polakom jak polityk, który właśnie przyszedł z zewnątrz i ma świeży pomysł na naprawę państwa. Opowiada o „normalności”, centroprawicy, trosce o słabszych, zdrowej gospodarce i dziedzictwie Solidarności.
Słuchając go, można niemal zapomnieć o drobnym szczególe: przez osiem lat należał do ścisłego centrum władzy, a przez sześć był premierem. Nie jest więc komentatorem systemu, który zastał. Jest jednym z ludzi najbardziej odpowiedzialnych za jego kształt w latach 2015–2023. Dlatego każda jego dzisiejsza diagnoza powinna zaczynać się od prostego pytania: skoro Morawiecki tak dobrze wie, czego potrzebuje Polska, dlaczego nie zrobił tego wtedy, gdy miał do dyspozycji większość parlamentarną, rząd, ministerstwa i wielkie państwowe spółki?
„My jesteśmy najpotężniejszym problemem dla Donalda Tuska. Bo my pokazujemy normalność, my pokazujemy centroprawicową politykę, my pokazujemy programy” – przekonuje były premier. To bardzo wygodna opowieść. Rozwój Plus ma być czymś nowym, umiarkowanym i programowym, a Morawiecki – politykiem, który po latach partyjnych wojen proponuje spokojną centroprawicę.
Tyle że politycznej biografii nie da się wyzerować przez zmianę szyldu. Morawiecki był premierem rządu PiS. Firmował jego politykę gospodarczą, podatkową i społeczną, bronił Polskiego Ładu i uczestniczył w najważniejszych decyzjach obozu Jarosława Kaczyńskiego. Dzisiaj próbuje budować własną formację częściowo poprzez dystansowanie się od politycznego świata, którego przez lata był jedną z najważniejszych twarzy. To może być politycznie zrozumiałe. Nie oznacza jednak, że wyborcy mają obowiązek dostać nagłej amnezji.
Jeszcze ciekawiej robi się, gdy były premier zaczyna mówić o Solidarności. „Solidarność dała nam w swojej spuściźnie (…) przykazania troski o tego słabszego. Troski o tego, który mniej i gorzej sobie radzi w gospodarce rynkowej” – mówi Morawiecki. Dodaje, że jest „dzieckiem Solidarności” i przypomina swoją młodzieńczą działalność opozycyjną.
Odwoływanie się do dziedzictwa Solidarności jest jego prawem. Problem zaczyna się wtedy, gdy historyczny symbol ma działać jak certyfikat wystawiony współczesnemu programowi gospodarczemu. Sama deklaracja troski o słabszych nie odpowiada przecież na pytania o skuteczność polityki społecznej, system podatkowy, dostępność mieszkań, usługi publiczne czy stabilność finansów państwa. O tym decydują konkretne rozwiązania, a nie najbardziej szlachetne fragmenty politycznej autobiografii.
Morawiecki próbuje przy tym ustawić swoją nową formację pomiędzy PiS a Konfederacją. „Nie wstydzę się” troski o słabszych – deklaruje, przeciwstawiając ją „pewnym darwinistycznym propozycjom” konkurentów z Konfederacji. Jednocześnie zaznacza, że nie kładzie nacisku na „prawicowość” i przypomina, że niektórzy ludzie Solidarności określiliby się jako socjaldemokraci.
Widać więc wyraźnie, o jaką przestrzeń polityczną walczy były premier: chce być patriotyczny, ale nie radykalny; socjalny, ale gospodarczo odpowiedzialny; konserwatywny, lecz centrowy; związany z tradycją PiS, ale nieobciążony wszystkim, co wyborcom w PiS przeszkadza. To ambitna konstrukcja. Jej największą słabością pozostaje jednak sam Morawiecki i jego niedawna przeszłość.
„Niech nas odróżnia przede wszystkim ten patriotyzm i ta zażarta, gorliwa, taka żarliwa wiara w to, że troska o nasze polskie rozwiązania jest najważniejszym zadaniem każdego polityka” – mówi. Znów brzmi to efektownie, ale program państwa nie może kończyć się na patriotycznych przymiotnikach. „Polskie rozwiązanie” nie staje się dobre tylko dlatego, że jest polskie. Musi jeszcze działać.
I tu Morawiecki wpada we własną pułapkę. Im więcej opowiada o tym, jak należy urządzić Polskę, tym bardziej przypomina, że przez sześć lat jako premier miał wyjątkową możliwość właśnie ją urządzać. Dzisiaj mówi o normalności, trosce o słabszych i zdrowych zasadach gospodarki tak, jakby dopiero przygotowywał się do pierwszego dnia w polityce. Nie przygotowuje się. On już rządził. Dlatego zamiast kolejnej opowieści o tym, co zrobi w przyszłości, powinien najpierw odpowiedzieć na znacznie prostsze pytanie: skoro receptę miał tak dobrą, dlaczego nie zastosował jej wtedy, gdy trzymał w ręku receptariusz, pieczątkę i klucze do Kancelarii Premiera?











