Karol Nawrocki najwyraźniej nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Prezydent od tygodni zachowuje się tak, jakby to do niego należało ostatnie słowo w sprawie tego, kto może zostać sędzią Trybunału Konstytucyjnego. Maciej Berek został wybrany przez Sejm, ale wciąż nie złożył przed głową państwa ślubowania.
Pałac może traktować tę zwłokę jako wygodny instrument polityczny, lecz Krzysztof Gawkowski właśnie przypomniał Nawrockiemu o czymś, o czym prezydenci czasem wolą nie pamiętać: sprawowanie najwyższego urzędu nie oznacza braku odpowiedzialności za sposób wykonywania jego kompetencji. „Prezydent nie wypełnia swoich konstytucyjnych obowiązków, co też w przyszłości pewnie będzie rozpatrywane przez Trybunał Stanu” – powiedział wicepremier.
To oczywiście nie oznacza, że Nawrocki stanie przed Trybunałem Stanu. Do tego droga jest długa, prawnie i politycznie skomplikowana, a ostateczna ocena ewentualnego naruszenia prawa nie należy do Gawkowskiego. Sam fakt, że taka możliwość zaczyna być publicznie podnoszona przez wicepremiera, pokazuje jednak, jak daleko zaszedł konflikt wywołany wokół obsady Trybunału.
Konstytucja w art. 194 mówi jasno, że sędziowie TK są wybierani indywidualnie przez Sejm. Nie przez prezydenta, nie przez Kancelarię Prezydenta i nie przez politycznych doradców głowy państwa. Nawrocki ma w tej procedurze rolę wynikającą z ustawy dotyczącą odebrania ślubowania. Problem zaczyna się wtedy, kiedy czynność ta zaczyna przypominać dodatkowy etap selekcji kandydatów.
Przypadek Sławomira Patyry dodatkowo komplikuje argumentację Pałacu. Jego ślubowanie Nawrocki w lipcu odebrał. W przypadku Berka tego nie zrobił. Powstaje więc oczywiste pytanie o kryterium: dlaczego jeden sędzia wybrany przez obecny Sejm może zostać zaprzysiężony, a drugi czeka? Jeżeli istnieją konkretne przeszkody prawne, Pałac powinien je jasno przedstawić. Samo prezydenckie „nie” nie może zastępować przepisu konstytucji.
Gawkowski idzie znacznie dalej. „Myślę, że zdaje sobie sprawę pan prezydent i jego pomocnicy w trybunale nielegalnym, pan Święczkowski i ta ekipa od Ziobry, że ich czas się skończył” – stwierdził. Określenie obecnego TK mianem „trybunału nielegalnego” jest polityczną oceną wicepremiera, podobnie jak sugestie dotyczące motywacji jego kierownictwa. Istnieje jednak realny i poważny spór dotyczący funkcjonowania Trybunału oraz skutków zmian dokonanych w poprzednich latach.
Najważniejsze są słowa Gawkowskiego dotyczące samego Nawrockiego. Do tej pory prezydent mógł zakładać, że blokowanie kolejnych nominacji będzie przede wszystkim problemem jego przeciwników. Teraz słyszy, że politycy większości rządzącej mogą w przyszłości próbować postawić pytanie o jego własną odpowiedzialność konstytucyjną.
„Przychodzi czas rozliczeń, przychodzi czas zmian” – mówi Gawkowski. To zdanie brzmi groźnie, ale właśnie dlatego trzeba postawić wyraźną granicę. Rozliczenie nie może oznaczać politycznego odwetu. Trybunał Stanu nie jest narzędziem do karania prezydenta za poglądy ani za konflikty z rządem. Jeżeli kiedykolwiek sprawa Nawrockiego miałaby tam trafić, musiałaby dotyczyć konkretnie wykazanego naruszenia Konstytucji lub ustawy i przejść przewidzianą prawem procedurę.
Nawrocki powinien jednak potraktować słowa Gawkowskiego poważnie. Prezydent nie dostał od wyborców prawa do dopisywania sobie kompetencji, których nie daje mu Konstytucja. Sejm wybiera sędziów TK, a Pałac Prezydencki nie jest drugą komisją kwalifikacyjną. Nawrocki chciał postawić Berka pod ścianą, ale nieoczekiwanie sam usłyszał pytanie o granice własnej władzy. I właśnie tego najwyraźniej się nie spodziewał: blokowanie instytucji może kiedyś przestać być tylko problemem blokowanych. Może stać się problemem tego, kto blokuje.











