Przemysław Czarnek i Mateusz Morawiecki odkryli właśnie drożyznę. Ten pierwszy domaga się benzyny po 5,19 zł, drugi wzywa Polaków, żeby ruszyli na Orlen i sprawdzili, czy Donald Tusk spełnił obietnicę. Można byłoby nawet podziwiać ich troskę o portfele kierowców, gdyby nie jeden drobiazg: obaj byli czołowymi politykami obozu, który przez osiem lat rządził Polską, a Morawiecki przez sześć lat stał na czele rządu. Dziś najwyraźniej liczą na to, że wyborcy zapomnieli, w jakim stanie PiS pozostawił finanse publiczne i jak wyglądała gospodarka w ostatnich latach jego władzy.
„Jutro wszyscy na Orlen! Tankujemy po 5,19 zł! Prawda Donaldzie?” – napisał Morawiecki. Czarnek jest bardziej rozwlekły, ale sens jego wypowiedzi pozostaje podobny: „Od poniedziałku Polacy powinni zobaczyć tę cenę na pylonach”. Obaj próbują stworzyć wrażenie, że historia polskiej gospodarki rozpoczęła się wraz z powrotem Tuska do władzy, a oni pojawili się właśnie w roli surowych audytorów cudzych decyzji.
Problem w tym, że liczby nie mają tak krótkiej pamięci.
W ostatnim pełnym roku rządów PiS deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych wyniósł według zrewidowanych danych GUS niemal 180 mld zł, czyli 5,3 proc. PKB. Rok wcześniej było to 3,7 proc. PKB. NBP wskazywał wówczas także na gwałtowny wzrost niektórych wydatków i kosztów obsługi długu. W pierwszych ośmiu miesiącach 2023 r. koszty obsługi długu Skarbu Państwa były o 85,1 proc. wyższe niż rok wcześniej.
Nie oznacza to oczywiście, że Morawiecki osobiście odpowiadał za każdy gospodarczy problem tamtych lat. Polska mierzyła się z pandemią, rosyjską agresją na Ukrainę, kryzysem energetycznym i zaburzeniami na światowych rynkach. Ale właśnie dlatego dzisiejsze przedstawianie gospodarki przez Czarnka i Morawieckiego jako prostego równania „Tusk = drożyzna” jest tak mało przekonujące. Gdy rządzili oni, każde niekorzystne zjawisko miało międzynarodowe przyczyny. Kiedy rządzi przeciwnik, globalna gospodarka nagle przestaje istnieć.
Szczególnie osobliwie brzmi to w ustach Morawieckiego. To przecież jego gabinet kończył urzędowanie z deficytem sektora finansów publicznych przekraczającym 5 proc. PKB. To jego rząd funkcjonował w okresie wysokiej inflacji i rosnących kosztów obsługi długu. Dziś były premier zachowuje się tak, jakby przyjechał z zagranicy, spojrzał na polską gospodarkę i ze zdumieniem odkrył, że państwo musi mierzyć się z konsekwencjami wcześniejszych decyzji.
Czarnek stosuje podobny zabieg. „Teraz kończą się wymówki” – oznajmia. Tyle że polityczna odpowiedzialność nie kończy się wraz z przeprowadzką z ministerialnego gabinetu do ław opozycji. PiS może rozliczać Tuska z jego obietnicy 5,19 zł i ma do tego pełne prawo. Nie może jednak oczekiwać, że wyborcy potraktują poprzednie osiem lat jak wymazaną tablicę.
Co więcej, obecny spór zaczął się od faktu dla prawicy niewygodnego: Karol Nawrocki ostatecznie podpisał rządową ustawę dotyczącą nadzwyczajnych zysków firm paliwowych. Teraz politycy PiS próbują więc błyskawicznie zmienić temat. Nie rozmawiajmy o tym, że prezydent zaakceptował rozwiązanie rządu. Rozmawiajmy o 5,19 zł. Nie rozmawiajmy o gospodarczym bilansie poprzedniej władzy. Rozmawiajmy o Tusku.
To politycznie zrozumiałe, ale zbyt przejrzyste. Morawiecki i Czarnek robią dziś wszystko, aby Polacy patrzyli wyłącznie na ceny na najbliższej stacji benzynowej i ani przez chwilę nie oglądali się za siebie. Najwyraźniej obaj zakładają, że wraz z utratą władzy PiS utracił również odpowiedzialność za własne rządy.
Tyle że pamięci wyborców nie da się zresetować jednym wpisem w mediach społecznościowych. Morawiecki może zapraszać „wszystkich na Orlen”, a Czarnek może urządzać Tuskowi odliczanie. Zanim jednak zaczną wystawiać rachunki następcom, sami wciąż mają do wyjaśnienia rachunek pozostawiony po własnych rządach.











