Jarosław Kaczyński próbuje właśnie dokonać politycznej sztuczki: przedstawić porażkę Karola Nawrockiego jako problem Donalda Tuska. Prezydent przez wiele dni zwlekał z podpisaniem rządowej ustawy dotyczącej nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych, wcześniej obóz PiS atakował rozwiązania rządu, a gdy Nawrocki ostatecznie złożył podpis, prezes PiS ogłosił: „Tusk nie ma już alibi”. Tyle że jeśli ktoś w tej historii stracił alibi, to raczej Nawrocki. Okazało się bowiem, że kiedy spór dotyczy realnych pieniędzy pozostających w portfelach milionów kierowców, prezydencka nieustępliwość ma swoje granice.
Nawrocki oczywiście próbuje przedstawić własny odwrót jako ofensywę. „Podpisałem ustawę dotyczącą nadmiarowych zysków koncernów paliwowych i zakończę proces ustawiania Polaków w roli politycznych zakładników” – przekonywał w orędziu. Jednocześnie skierował ustawę do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli następczej. Konstrukcja jest wygodna komunikacyjnie: ustawa może działać, ale prezydent nadal może przekonywać swoich zwolenników, że ma do niej zasadnicze zastrzeżenia.
Nie zmienia to jednak podstawowego faktu. Ustawę przygotował rząd, parlament ją uchwalił, a Nawrocki ją podpisał. Donald Tusk dostał więc to, czego potrzebował, aby uruchomić zapowiadany mechanizm obniżania cen. Minister finansów Andrzej Domański zapowiedział, że już w weekend paliwa mają stanieć o około 1,2–1,3 zł na litrze. Jeżeli tak się stanie, polityczna opowieść o tym sporze będzie dla PiS wyjątkowo niewygodna: rząd przedstawił rozwiązanie, prezydent długo się wahał, w końcu ustąpił, a ceny zaczęły spadać.
Kaczyński najwyraźniej doskonale rozumie to zagrożenie, dlatego próbuje błyskawicznie przesunąć bramkę. „Rząd ma wszelkie narzędzia, aby obniżyć ceny choćby od jutra. Czy rano na pylonach zobaczymy 5,19 zł za litr paliwa?” – pyta prezes PiS. To zręczna polityczna zagrywka. Zamiast rozmawiać o tym, dlaczego Nawrocki podpisał ustawę, o którą trwała tak ostra awantura, Kaczyński proponuje nowy test: nie wystarczy, że paliwo stanieje. Musi kosztować dokładnie 5,19 zł.
Tusk nie powinien jednak uciekać od własnych dawnych słów. Jeśli składał wyborcom konkretną obietnicę dotyczącą ceny paliwa, polityczni przeciwnicy mają pełne prawo mu ją przypominać. Różnica polega na tym, że dziś rząd przedstawia konkretne rozwiązanie i bierze odpowiedzialność za jego wykonanie. Domański nie mówi, że niczego nie da się zrobić. Zapowiada wymierną obniżkę i podaje jej skalę.
Właśnie tutaj widać zasadniczą różnicę między działaniem a politycznym teatrem. Nawrocki mówi o „politycznych zakładnikach”, Kaczyński o „alibi”, a rząd musi teraz doprowadzić do tego, żeby kierowca zobaczył niższą cenę na stacji. Jeżeli zapowiadana obniżka nastąpi, wszystkie retoryczne sztuczki PiS będą miały mniejsze znaczenie niż cyfra wyświetlana na pylonie.
Dla Nawrockiego jest to tym bardziej dotkliwe, że całą swoją dotychczasową prezydenturę budował na demonstracyjnej sile. Miał być politykiem, którego Tusk nie potrafi zmusić do ustępstwa. Tymczasem w pierwszym sporze, którego skutki każdy obywatel może policzyć przy kasie stacji benzynowej, prezydent ostatecznie podpisał rządowe rozwiązanie.
Kaczyński może więc pytać o 5,19 zł i próbować przerzucać całą odpowiedzialność na Tuska. Nie zmieni jednak kolejności wydarzeń. Rząd przygotował ustawę. Nawrocki znalazł się pod presją. Nawrocki ją podpisał. Rząd zapowiada obniżkę cen.
Teraz oczywiście przychodzi czas próby dla Tuska: zapowiedź musi zostać wykonana. Jeśli ceny rzeczywiście wyraźnie spadną, Kaczyńskiemu i Nawrockiemu pozostanie wyjątkowo niewygodne pytanie. Skoro ustawa była tak zła, a polityka rządu tak fatalna, to dlaczego prezydent ostatecznie zrobił dokładnie to, czego chciał od niego rząd?











