Karol Nawrocki znalazł się w sytuacji, której najwyraźniej bardzo chciał uniknąć. Musiał podpisać rządową ustawę dotyczącą nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych, choć całą swoją dotychczasową polityczną narrację budował na przeciwstawianiu się rządowi Donalda Tuska. Zamiast jednak zwyczajnie przyznać, że rozwiązanie może pomóc w obniżeniu cen paliw, prezydent postanowił przekuć własny odwrót w kolejne oskarżenie pod adresem rządu. Efektem było orędzie, po którym Radosław Sikorski nie pozostawił na Nawrockim suchej nitki.
„Jestem oszołomiony ilością ekonomicznych nonsensów i bezczelnością tego orędzia” – powiedział szef MSZ w TVN24. To mocne słowa, ale Sikorski wskazał przy tym na konkretną słabość prezydenckiego wystąpienia. Nawrocki mówił dużo o odpowiedzialności rządu, finansach publicznych i cenach na stacjach, znacznie mniej natomiast o międzynarodowych przyczynach gwałtownego wzrostu kosztów paliw. „Pan prezydent nie raczył wspomnieć, skąd się wzięły wysokie ceny benzyny” – zauważył Sikorski, wskazując na wojnę w Zatoce Perskiej.
I właśnie tutaj zaczyna się zasadniczy problem z narracją Nawrockiego. Prezydent zachowywał się tak, jakby ceny paliw były wyłącznie rezultatem decyzji podejmowanych w Warszawie. Tymczasem ceny ropy, sytuacja na Bliskim Wschodzie i koszty transportu surowca mają oczywisty wpływ na to, ile ostatecznie płacą kierowcy. Można krytykować działania rządu, można domagać się szybszych i skuteczniejszych rozwiązań, ale nie można udawać, że Polska funkcjonuje w gospodarczej próżni.
Jeszcze bardziej kłopotliwa dla Nawrockiego jest sprzeczność wskazana przez Sikorskiego. Prezydent ostrzegał przed stanem finansów publicznych i mówił o „katastrofie finansowej rządu”. Jednocześnie krytykował rozwiązanie, które ma pozwolić finansować obniżki cen paliw z dodatkowego podatku od nadzwyczajnych zysków firm paliwowych. „Słusznie mówił, że mamy zbyt wysoki deficyt”, zauważył Sikorski, ale jednocześnie prezydent sprzeciwiał się sięgnięciu właśnie po pieniądze koncernów.
Tu retoryczna konstrukcja Nawrockiego zaczyna się rozsypywać. Jeśli nie chce zwiększać deficytu, powinien wskazać inne źródło finansowania. Jeśli chce obniżać podatki i jednocześnie ceny paliw, powinien wyjaśnić, skąd państwo ma wziąć brakujące środki. Samo żądanie, by benzyna była tańsza, nie jest jeszcze polityką gospodarczą. Jest hasłem.
Nawrocki próbował tymczasem przedstawić podpisanie ustawy jako własną ofensywę. „Zakończę proces ustawiania Polaków w roli politycznych zakładników” – zapowiedział. Brzmi bojowo, tylko że rzeczywistość jest znacznie prostsza: ustawę przygotowała większość rządowa, parlament ją przyjął, a prezydent ostatecznie ją podpisał. Skierowanie przepisów do Trybunału Konstytucyjnego pozwala Nawrockiemu zachować krytyczną narrację, ale nie zmienia faktu, że ustawa może wejść w życie.
Dlatego wystąpienie Sikorskiego było skuteczne. Minister nie musiał udowadniać, że wszystko, co robi rząd, jest idealne. Wystarczyło wskazać sprzeczności w argumentacji prezydenta. Nawrocki chce jednocześnie niższego deficytu, niższych podatków i niższych cen paliw, a odpowiedzialność za pogodzenie tych oczekiwań przerzuca na rząd.
Najbardziej charakterystyczne jest jednak to, że po całym wojowniczym orędziu pozostał podpis Nawrockiego pod rządową ustawą. Prezydent może mówić o politycznych zakładnikach, katastrofie finansowej i odpowiedzialności Tuska. Może kierować ustawę do Trybunału i próbować przedstawiać własny odwrót jako zwycięstwo.
Ale Sikorski trafił w sedno problemu: zamiast wyjaśnić Polakom skomplikowane przyczyny wzrostu cen i przedstawić spójną alternatywę gospodarczą, Nawrocki zaoferował przede wszystkim polityczną opowieść. Tym razem głośne słowa nie były jednak w stanie przykryć najważniejszego faktu. Prezydent długo walczył z rozwiązaniem rządu, po czym ostatecznie złożył pod nim własny podpis.











