Karol Nawrocki chciał być prezydentem blisko zwykłych Polaków, a tymczasem zaczyna wyglądać jak gospodarz własnego małego dworu. Prezydenckie rezydencje, konie pozostające w dyspozycji Centrum Obsługi Kancelarii Prezydenta, instruktor jazdy, obsługa stajni, a do tego pytania o koszty, na które opinia publiczna nie otrzymuje pełnej odpowiedzi. Brakuje właściwie tylko liberii, heroldów i orkiestry przy wjeździe do rezydencji.
Dlatego Radosław Sikorski trafił w punkt, kiedy zobaczył imię jednego z koni: „Imię Ramzes właściwie oddaje faraońskie ambicje”. Trudno o bardziej złośliwe, a zarazem celne podsumowanie wizerunkowej pułapki, w którą prezydent wszedł właściwie na własne życzenie.
Sprawa sama w sobie nie jest oczywiście aferą na miarę Watergate. Prezydent jeździ konno i nie ma w tym niczego nagannego. Centrum Obsługi KPRP realizuje także zadania rekreacyjne związane z obsługą głowy państwa. Problem zaczyna się gdzie indziej: przy pieniądzach i przejrzystości.
Kancelaria potwierdziła, że Centrum dysponuje trzema końmi: kucem Edziem, koniem fryzyjskim Ramzesem i hucułem Aramisem. Media pytały, ile kosztowało pozyskanie zwierząt i ile wynosi ich utrzymanie. Pełnej informacji nie otrzymały. I właśnie wtedy niewinna historia o prezydenckim hobby zaczyna nabierać politycznego znaczenia.
Jeżeli wszystko odbywa się zgodnie z regułami i za rozsądne pieniądze, dlaczego nie przedstawić rachunku? Obywatel nie musi wiedzieć, w której dokładnie stajni stoi Ramzes. Argument bezpieczeństwa może uzasadniać nieujawnianie miejsca pobytu prezydenta czy szczegółów ochrony. Trudniej jednak zrozumieć, dlaczego miałby uniemożliwiać podanie kosztów utrzymania zwierząt pozostających w dyspozycji publicznej jednostki.
Sikorski wykorzystał okazję bez litości. „Tylko ktoś nie doczytał u Prusa, jak skończył Ramzes XIII” – dopisał. Literacka aluzja jest oczywiście polityczną złośliwością, a nie żadną przepowiednią dotyczącą Nawrockiego. Znacznie ciekawsze jest jednak to, dlaczego żart tak łatwo zadziałał.
Nawrocki konsekwentnie buduje bowiem prezydenturę demonstracyjnej siły. Weta, konflikty z rządem, spory o kompetencje, własne projekty ustaw, próby narzucania tematów debaty – Pałac ma być wyraźnym, samodzielnym centrum politycznej władzy. Na tym tle koń o imieniu Ramzes staje się niemal gotowym symbolem. Sikorski nie musiał wymyślać metafory. Dostał ją razem ze stajnią.
Rzecznik prezydenta Rafał Leśkiewicz odpowiedział równie dowcipnie: „Trzeba mieć końskie zdrowie, żeby się mierzyć z kolejną propagandową akcją medialną podkutych razem wymierzoną w Prezydenta RP”. Problem w tym, że dowcip nie odpowiada na podstawowe pytanie. Ile to kosztuje?
I właśnie na tym polega największy kłopot Nawrockiego. Nie na tym, że lubi konie. Nie na tym, że jego córka może jeździć na kucu. Nawet nie na tym, że jeden z wierzchowców nazywa się Ramzes. Problemem jest kontrast między politykiem odwołującym się do zwyczajności, odpowiedzialności i służby państwu a obrazem prezydenckiego otoczenia, w którym pojawiają się kolejne przywileje, a pytania o ich koszty spotykają się z niepełnymi odpowiedziami.
Sikorski dlatego trafił Nawrockiego tak boleśnie jednym zdaniem. „Faraońskie ambicje” działają nie dlatego, że prezydent ma konia. Działają dlatego, że pasują do coraz bardziej imperialnego stylu jego prezydentury: dużo demonstracji siły, dużo przekonania o własnej wyjątkowej pozycji i coraz więcej sporów o granice władzy. Ramzes jest tylko koniem i niczemu nie jest winien. Ale politycznie stał się znakomitym symbolem. Nawrocki chciał budować wizerunek silnego prezydenta. Dostał karykaturę faraona na koniu. I tym razem naprawdę trudno mieć o to pretensje do kogokolwiek poza Pałacem Prezydenckim.











