Karol Nawrocki chciał być prezydentem, którego nie da się zmusić do ustępstwa. Twardy ton, kolejne starcia z rządem i demonstracyjne podkreślanie własnej niezależności miały tworzyć obraz człowieka, który nie cofa się nawet o krok.
W sprawie cen paliw ta konstrukcja zaczęła jednak trzeszczeć. Prezydent podpisał rządową ustawę wprowadzającą podatek od nadzwyczajnych zysków firm paliwowych, choć jednocześnie skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego. Próbuje więc jednocześnie powiedzieć: pozwalam ustawie działać i kwestionuję ustawę. Trudno o bardziej niewygodną pozycję dla polityka, który dotychczas chciał uchodzić za człowieka prostych i stanowczych decyzji.
Waldemar Żurek właśnie w ten punkt uderzył najmocniej. Minister sprawiedliwości przyznał, że spodziewał się kolejnego weta. „Myślałem, że będzie kolejne weto, ale ucieszyłem się, bo ludzie będą mieli trochę lżej” – powiedział w TOK FM. Później przeszedł do znacznie ostrzejszej krytyki, zarzucając prezydentowi „kłamstewka i hipokryzję”. Żurek ocenił również, że zobaczył „pierwszy raz […] pogubionego” Nawrockiego i nazwał go „rozedrganym”. To opinia ministra, ale dobrze opisuje polityczny problem, przed którym znalazł się Pałac Prezydencki.
Bo co właściwie chce dziś powiedzieć Nawrocki? Jeżeli ustawa jest zła, dlaczego ją podpisał? Jeżeli uważa ją za rozwiązanie korzystne dla obywateli, dlaczego jednocześnie kieruje ją do Trybunału Konstytucyjnego? Oczywiście z prawnego punktu widzenia prezydent ma możliwość zastosowania takiego rozwiązania. Politycznie jednak pozostawia wrażenie próby pogodzenia dwóch sprzecznych narracji: nie blokować obniżek cen paliw, ale jednocześnie nie pozwolić Donaldowi Tuskowi powiedzieć, że Pałac Prezydencki zaakceptował rozwiązanie rządu.
Żurek zwrócił uwagę również na szerszy kontekst wysokich cen paliw. „Kiedy prezydent dojrzeje do takiego momentu i powie Polakom: no tak, mój przyjaciel Trump rozpoczął wojnę z Iranem, której nie może skończyć, i niestety przez to musicie bardzo dużo płacić na stacjach” – pytał. Można dyskutować z językiem ministra i z jego przypisywaniem odpowiedzialności, ale polityczny sens zarzutu jest czytelny: prezydent bardzo chętnie obciąża odpowiedzialnością polski rząd, znacznie mniej chętnie mówi natomiast o międzynarodowych czynnikach wpływających na ceny surowców i paliw.
Jeszcze ciekawsza jest kwestia sondaży. Żurek przesadził, mówiąc, że notowania prezydenta „lecą na łeb, na szyję”, co natychmiast skorygował prowadzący rozmowę Jacek Żakowski. Jest jednak faktem, że najnowsze badanie Pollster dla „Super Expressu” przyniosło pogorszenie ocen Nawrockiego: pozytywnie ocenia go 44 proc. respondentów, o 3 pkt proc. mniej niż miesiąc wcześniej. Nie jest to załamanie, lecz jest to sygnał, że okres politycznego miesiąca miodowego nie musi trwać wiecznie.
I właśnie dlatego sprawa paliw jest dla Nawrockiego tak niewygodna. Prezydent zbudował swój polityczny kapitał na przekonaniu, że potrafi postawić rządowi granicę. Tymczasem tym razem znalazł się między własną retoryką a oczekiwaniem kierowców, którzy przede wszystkim chcą zobaczyć niższe ceny na pylonach stacji benzynowych.
Żurek może przesadzać w złośliwościach, ale trafnie wskazuje zasadniczą zmianę: Nawrocki po raz pierwszy nie wygląda jak polityk całkowicie kontrolujący sytuację. Podpisał ustawę, którą chciał jednocześnie zakwestionować, a potem musiał tłumaczyć, dlaczego zrobił jedno i drugie. Prezydentura oparta na demonstracyjnej sile właśnie odkryła swoją słabość. Gdy każdą decyzję przedstawia się jako pokaz nieustępliwości, najtrudniej wyjaśnić moment, w którym rzeczywistość zmusza do kompromisu.











