Karol Nawrocki chciał uczynić z Pałacu Prezydenckiego centrum oporu przeciwko rządowi Donalda Tuska. Miał wetować, blokować, stawiać warunki i pokazywać, że bez jego zgody rządzący niewiele mogą zrobić.
W sprawie cen paliw ta strategia zderzyła się jednak z czymś znacznie potężniejszym niż partyjna wojna: z portfelami milionów kierowców. I prezydent się cofnął. Podpisał rządową ustawę o nadzwyczajnych zyskach koncernów paliwowych, choć równocześnie skierował ją do Trybunału Konstytucyjnego. Trudno nie odczytywać tego jako wyraźnej politycznej porażki człowieka, który dotychczas tak chętnie demonstrował swoją nieustępliwość.
Sam Nawrocki próbował oczywiście przedstawić decyzję jako kolejną manifestację siły. „Podpisałem ustawę dotyczącą nadmiarowych zysków koncernów paliwowych i zakończę proces ustawiania Polaków w roli politycznych zakładników” – mówił w telewizyjnym orędziu. Domagał się też, by „obniżki na stacjach nastąpiły od razu”. Tyle że za wojowniczą retoryką pozostał jeden prosty fakt: rząd chciał podpisu prezydenta i ten podpis dostał. Nawrocki może teraz tłumaczyć, dlaczego go złożył, ale politycznego znaczenia tej decyzji nie da się zagadać.
Celnie zwrócił na to uwagę minister infrastruktury Dariusz Klimczak. „Oglądałem wystąpienie prezydenta, gęsto się tłumaczył” – mówił. Postawił też pytanie, które dla Pałacu Prezydenckiego jest wyjątkowo niewygodne: skoro Nawrocki żądał natychmiastowej obniżki cen, to „dlaczego pan tydzień zwlekał?”. Rzeczywiście, trudno jednocześnie przedstawiać sytuację jako wymagającą natychmiastowego działania i samemu przez kilka dni zastanawiać się nad podpisem.
Najważniejsza jest jednak inna uwaga Klimczaka. Minister ocenił, że Nawrocki „doskonale wiedział, że nie obroni się przed Polakami, nie podpisując tej ustawy”. I dodał jeszcze mocniej: „Ludzie by go zjedli i tylko dlatego podpisał”. To oczywiście polityczna interpretacja przeciwnika prezydenta, ale logika sytuacji rzeczywiście była dla Nawrockiego bezlitosna. Gdyby ustawę zawetował, każdy kierowca stojący przy dystrybutorze mógłby usłyszeć od rządu bardzo prosty komunikat: paliwo mogło być tańsze, ale prezydent powiedział „nie”.
I właśnie w tę pułapkę Nawrocki nie chciał wejść. Weto pozwoliłoby mu zachować wizerunek nieustępliwego przeciwnika Tuska, ale polityczna cena mogłaby być wysoka. Podpis oznaczał natomiast przyznanie, że istnieją granice wojny z rządem. Kiedy spór zaczyna bezpośrednio dotyczyć pieniędzy pozostających w kieszeniach obywateli, znacznie trudniej prowadzić go wyłącznie za pomocą haseł o obronie prerogatyw prezydenta.
Pałac Prezydencki próbuje ratować sytuację skierowaniem ustawy do Trybunału Konstytucyjnego. Dzięki temu Nawrocki może przekonywać własnych zwolenników, że nie skapitulował i nadal kwestionuje rozwiązanie przygotowane przez rząd. Jego otoczenie twierdzi też, że rząd dysponował innymi instrumentami pozwalającymi obniżyć ceny paliw. Jednak dla przeciętnego kierowcy prawne niuanse mają mniejsze znaczenie niż kwota pojawiająca się na dystrybutorze. Jeśli zapowiadane obniżki rzeczywiście będą odczuwalne, to właśnie rząd będzie mógł powiedzieć: przedstawiliśmy rozwiązanie i zmusiliśmy prezydenta do podjęcia decyzji.
Dlatego ta historia jest czymś więcej niż kolejnym sporem o ustawę. Pokazuje granice politycznej strategii Nawrockiego. Prezydent może wetować ustawy, wygłaszać ostre orędzia i budować swoją pozycję na konflikcie z Tuskiem. Nie może jednak ignorować faktu, że za każdą taką wojną stoi rachunek polityczny.
Tym razem rachunek okazał się dla niego zbyt wysoki. Nawrocki miał postawić rząd pod ścianą, a sam został przyparty do muru. Miał dyktować warunki, a ostatecznie podpisał ustawę przeciwników. I właśnie dlatego jest to jego wyraźna porażka: nie dlatego, że złożył podpis pod rozwiązaniem mogącym przynieść kierowcom ulgę, lecz dlatego, że zrobił dokładnie to, czego jeszcze niedawno jego polityczna strategia miała mu pozwalać nie robić – ustąpił pod presją sytuacji, której nie był już w stanie kontrolować.











