Adam Bielan najwyraźniej tak długo opowiadał o swoich nadzwyczajnych wpływach w Waszyngtonie, że w końcu sam zaczął wierzyć, iż posiada klucze do Białego Domu i osobiście decyduje, kto może przekroczyć jego próg.
Europoseł PiS właśnie ogłosił, że Donald Tusk jest tam „persona non grata”, „nie ma wejścia do Białego Domu” i „nie ma żadnych kontaktów z amerykańskim prezydentem”. Bielan nie przedstawił przy tym żadnego komunikatu amerykańskiej administracji potwierdzającego tak niezwykłą deklarację. Po prostu oznajmił ją w radiowym studiu, jakby właśnie wrócił z narady z Donaldem Trumpem i dostał upoważnienie do prowadzenia polityki wizowej Stanów Zjednoczonych.
„Premier jest w Białym Domu persona non grata” – stwierdził Bielan w RMF24. Następnie doprecyzował: „Czyli nie ma wejścia do Białego Domu, nie ma żadnych kontaktów z amerykańskim prezydentem”. Na tym zbudował dalszy wywód: skoro Tusk jest w Waszyngtonie politycznym trędowatym, „to prezydent Karol Nawrocki musi wziąć na siebie ciężar rozmów z Amerykanami”.
Problem polega na tym, że pomiędzy stwierdzeniem, iż Nawrocki ma dobre kontakty z administracją Trumpa, a ogłoszeniem premiera Polski człowiekiem niemile widzianym w Białym Domu istnieje przepaść. Bielan przeskakuje ją bez najmniejszego wysiłku.
Można oczywiście przypominać ostre wypowiedzi Tuska o Trumpie. Można zastanawiać się, czy nie utrudniają one premierowi budowania osobistych relacji z amerykańskim prezydentem. Można wreszcie argumentować, że Nawrocki ma dziś lepszy osobisty kontakt z Trumpem. To wszystko są uprawnione tematy politycznej dyskusji. Ale Bielan idzie o kilka kilometrów dalej i przedstawia własną interpretację jako niemal urzędową decyzję Waszyngtonu.
Szczególnie zabawnie brzmi to w kontekście historii, którą sam Bielan opowiada. Europoseł chwali się bowiem, że pomagał organizować spotkanie Władysława Kosiniaka-Kamysza z Trumpem. „Tak, byłem wśród osób, które organizowały to spotkanie” – powiedział. To niewątpliwie interesujący epizod pokazujący, że Bielan ma kontakty w amerykańskim środowisku republikańskim. Ale od pomagania przy organizacji spotkania polskiego ministra z prezydentem USA do wystawiania certyfikatów „persona non grata” premierowi własnego kraju droga jest naprawdę daleka.
Tym bardziej że nawet oficjalny amerykański przekaz nie pasuje do tej opowieści. Ambasador USA w Polsce Tom Rose, spierając się kilka miesięcy temu z Włodzimierzem Czarzastym, pisał o „excellent relations” Stanów Zjednoczonych z premierem Tuskiem i jego rządem. Bielan może uważać inaczej. Nie powinien jednak udawać, że jego polityczna opinia jest faktem.
I właśnie tutaj zaczyna się największy problem europosła PiS. Bielan coraz częściej zdaje się nie zauważać śmieszności własnych tez. Każdą dobrą relację Nawrockiego z Amerykanami trzeba przedstawić jako historyczny sukces, a każdą trudność Tuska – jako niemal dyplomatyczne wygnanie. Nie wystarczy powiedzieć, że Nawrocki ma dobre kontakty z Trumpem. Trzeba jeszcze oznajmić, że Tusk nie ma „wejścia” do Białego Domu.
Bielan najwyraźniej chce być postrzegany jako człowiek PiS od Waszyngtonu. Problem zaczyna się wtedy, kiedy z polityka mającego kontakty próbuje przeistoczyć się w samozwańczego rzecznika amerykańskiej administracji. Można krytykować Tuska za jego wcześniejsze słowa o Trumpie i można chwalić Nawrockiego za dobre relacje z republikanami. Ale ogłaszanie bez przedstawienia dowodów, że urzędujący premier Polski jest „persona non grata” w Białym Domu, nie jest analizą dyplomatyczną. To polityczna fantazja podana tonem komunikatu Departamentu Stanu. Bielan odleciał już tak daleko, że najwyraźniej przestał widzieć, jak nieprawdopodobnie brzmią jego własne słowa.











