Mateusz Morawiecki miał budować nową partię, zdobywać centrum i stworzyć na prawicy siłę zdolną konkurować zarówno z PiS, jak i Konfederacją. Jeszcze niedawno termin miał być konkretny: nowe ugrupowanie związane z Rozwojem Plus miało powstać najpóźniej 15 października.
Teraz okazuje się, że partii nie będzie. Przynajmniej na razie. Zamiast niej pozostanie stowarzyszenie, budowanie struktur, pisanie raportów i „rozmowy o współpracy z różnymi środowiskami”. Można to oczywiście nazywać zmianą strategii, konsolidacją albo przygotowaniem do następnego etapu. Politycznie wygląda to jednak znacznie prościej: jak kapitulacja Morawieckiego wobec rzeczywistości.
Bo po co polityk mający realną szansę na zbudowanie samodzielnej partii rezygnowałby z jej powołania właśnie wtedy, kiedy wcześniej sam wyznaczył termin? Jeżeli projekt rzeczywiście nabierał rozpędu, przyciągał ludzi spoza PiS i miał własny elektorat, logicznym krokiem byłoby przejście od stowarzyszenia do partii. Morawiecki robi coś dokładnie odwrotnego. Hamuje w momencie, w którym miał przyspieszać.
Najbardziej prawdopodobnym politycznym wyjaśnieniem jest brutalna arytmetyka wyborcza. Samodzielna partia potrzebuje co najmniej 5 proc. głosów, żeby wejść do Sejmu. Dla nowego ugrupowania prawicowego oznaczałoby to walkę przede wszystkim o wyborców PiS, Konfederacji i centrum. Jeżeli wynik oscylowałby wokół progu, Morawiecki ryzykowałby katastrofą: kilka procent głosów mogłoby przepaść, a były premier zostałby politykiem, który opuścił PiS po to, żeby nie wejść do parlamentu.
Dlatego decyzja o pozostaniu stowarzyszeniem mówi więcej niż najbardziej optymistyczne komunikaty Rozwoju Plus.
Z otoczenia Morawieckiego płynie bowiem przekaz, że wszystko rozwija się znakomicie. Do stowarzyszenia mają zgłaszać się ludzie „z bardzo wielu środowisk”, a tylko około 30 proc. zainteresowanych ma być związanych z PiS. Sympatyzować z projektem mają również prezydenci miast. Jeżeli jednak zainteresowanie jest rzeczywiście tak szerokie, pytanie staje się jeszcze bardziej oczywiste: dlaczego nie powstaje partia?
Jeszcze ciekawsza jest zapowiedź „rozmów o współpracy z różnymi środowiskami”. To brzmi już nie jak przygotowanie do samodzielnego marszu, lecz jak poszukiwanie miejsca przy większym stole. Podobnie należy czytać informacje o możliwym pakcie senackim prawicy, nawet z Grzegorzem Braunem. Morawiecki miał rozmawiać na ten temat z Karolem Nawrockim. Człowiek, który miał tworzyć własny polityczny biegun, coraz wyraźniej zastanawia się więc nad układaniem porozumień z istniejącymi już siłami.
Nie musi to oznaczać końca Rozwoju Plus. Stowarzyszenie może budować struktury, przygotowywać raporty, organizować spotkania i czekać na korzystniejszy moment. Ale jest zasadnicza różnica między zapleczem eksperckim czy politycznym a partią wystawiającą listy i poddającą się wyborczej weryfikacji. Morawiecki właśnie odsunął tę drugą perspektywę.
I dlatego trudno nie odczytywać tej decyzji jako pierwszej poważnej kapitulacji jego projektu. Miała być nowa partia – zostaje stowarzyszenie. Miał być termin 15 października – termin przestał obowiązywać. Miało być samodzielne wejście na scenę – są rozmowy o współpracy i pakcie z innymi ugrupowaniami.
Najwyraźniej do Morawieckiego zaczęła docierać rzecz najbardziej niewygodna dla każdego polityka marzącego o własnej partii: można mieć nazwisko, byłych ministrów, posłów, raporty i rozbudowane ambicje, a mimo to nie mieć wystarczającej liczby wyborców. Rozwój Plus miał pokazać, że Morawiecki potrafi żyć bez PiS. Na razie pokazuje coś odwrotnego – że były premier nie jest jeszcze gotów sprawdzić przy urnach, ilu Polaków naprawdę chce żyć politycznie z Morawieckim bez PiS.











