„Nieprawdą jest, że PiS planuje podporządkować sobie internet. To się już dzieje” – donosi portal Forsal.pl i krok po kroku tłumaczy, że już po wejściu w życie nowelizacji ustawy o nadzorze, która przyzna potężne uprawnienia Komisji Nadzoru Finansowego, ograniczenie swobody w sieci pójdzie znacznie dalej, niż przewidywała to ACTA, przeciwko której tysiące ludzi wyszły na ulice.

Jednym z głównych tematów debaty publicznej była ostatnio informacja o chęci przejęcia kontroli nad siecią przez PiS. Nagłośniła to Gazeta Wyborcza, która w roboczym projekcie noweli ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, przygotowanym w kierowanym przez Annę Streżyńską Ministerstwie Cyfryzacji, dopatrzyła się zagrożenia dla demokracji.

Reklamy

Streżyńska stwierdziła, że nigdy nie wprowadzi rozwiązań uderzających w internautów. Pani minister od samego początku urzędowania opowiada się przeciwko wszelkim autorytarnym zapędom skierowanym w stronę WWW. Ale rządząca partia już kontroluje sieć. Metoda jest dość prosta. polega na blokowaniu dostępu do określonych witryn. Które to są decydują politycy, a następnie, już w szczegółach – urzędnicy Ministerstwa Finansów i już niebawem członkowie Komisji Nadzoru Finansowego.

Obecnie blokowany jest dostęp do stron firm bukmacherskich, które w Polsce nie płacą podatków (stosowna ustawa obowiązuje od 1 kwietnia 2017 r.), za chwilę będą to strony przedsiębiorców uznanych przez KNF za nieuczciwych (resort finansów już przygotował projekt).

 

Forsal.pl pod koniec marca 2017 r zadało pytanie wiceministrowi finansów Wiesławowi Janczykowi: „Czy planują państwo wprowadzenie blokowania domen w innych gałęziach gospodarki niż hazard?” Jego odpowiedź była jednoznaczna: „Nie, nie planujemy”. Minister przyznał, że to skuteczny mechanizm, ale jego stosowanie groziłoby posądzeniem o chęć zawłaszczenia sieci. Z takimi zarzutami zaś rząd mierzyć się nie chce. Dlatego na grach hazardowych należy skończyć.

Tymczasem w maju 2017 r. wyciekł projekt nowelizacji ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym. A w nim zapisano mechanizm umożliwiający blokowanie domen internetowych tych przedsiębiorców, którzy zostali wpisani na listę ostrzeżeń publicznych prowadzoną przez Komisję Nadzoru Finansowego (a w szczególnych przypadkach można by zablokować domeny wykorzystywane także przez tych przedsiębiorców, którzy na listę jeszcze wpisani nie są). „To bardzo zła propozycja. Wręcz fatalna” – twierdziła wówczas Dorota Wolicka ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

„Nie minęło pół roku od przyjęcia w Polsce pierwszej ustawy, która przewiduje blokowanie stron internetowych, a już mamy kolejny projekt. To efekt, przed którym wielokrotnie ostrzegaliśmy, krytykując podobne pomysły w przeszłości. Przekroczenie Rubikonu, jakim było dopuszczenie politycznej ingerencji w infrastrukturę komunikacyjną internetu, powoduje, że każdy kolejny krok będzie, niestety, mniej szokujący dla społeczeństwa i łatwiejszy dla władzy – przestrzega Wojciech Klicki z Panoptykonu, na rozmowę z którym powołuje się Forsal.pl.

Ministerstwo Finansów uspokaja. Wyjaśnia, że projekt przewidujący nadanie większych uprawnień KNF przygotowała sama komisja. Nie jest to więc propozycja ministerialna.

12 lipca 2017 r. resort finansów publikuje projekt ustawy. W uzasadnieniu wskazuje, że „projektowane rozwiązania przewidują prowadzenie przez KNF rejestru domen internetowych, które będą podlegały obligatoryjnemu blokowaniu przez przedsiębiorców telekomunikacyjnych świadczących usługi dostępu do sieci internet”. Od decyzji komisji, od wpisania domeny do rejestru przedsiębiorca będzie mógł wnieść sprzeciw. Będzie on rozpatrywany przez KNF.

Dorota Wolicka, która krytykowała pomysł w maju, dziś nadal uważa go za zły. Jej zdaniem cel bez wątpienia jest słuszny. Nikt z nas nie chce, aby piramidy finansowe kradły ludziom pieniądze. Rzecz w tym, że przyjmuje się rozwiązanie, które może rykoszetem uderzyć w wielu uczciwych przedsiębiorców – pisze portal forsal.pl.

„Dość łatwo można wyobrazić sobie w świetle projektowanych przepisów zablokowanie dostępu do strony internetowej małego przedsiębiorcy. Po kilku latach okaże się, że urzędnicy się pomylili. Ale firmy już nie będzie” – wskazuje Dorota Wolicka.

Politycy PiS od kilku miesięcy mówią o potrzebie rozprawienia się z fake newsami. Jak ma to wyglądać? Resort cyfryzacji skłania się ku wprowadzeniu modelu oddolnej weryfikacji – obywatelskiej. Czyli to nie wybrana komisja oceniałaby, która informacja w sieci jest prawdziwa, a która fałszywa, lecz sami internauci. To jednak też pewne zagrożenie. W e-świecie toczy się wiele politycznych wojen. Mogłoby się więc okazać, że ocena prawdziwości informacji miałaby niewiele wspólnego z faktami. Decydowałoby to, czy się z danym artykułem zgadzamy. I tu pojawia się kluczowa wątpliwość: czy w takim razie treści uznane za fake newsy należy usuwać z internetu, czy jedynie oznaczać? Eksperci skłaniają się ku temu drugiemu rozwiązaniu. Większość polityków opcji rządzącej – raczej ku temu pierwszemu.

Fachowcy działania rządu z politycznego punktu widzenia oceniają jako sprawne. Bo czy nie chcemy być wolni od zagranicznych firm niepłacących w Polsce podatków? Czy żal nam właścicieli Amber Gold oraz wielu innych biznesów, które doświadczeni urzędnicy uważają za piramidy finansowe? Wreszcie, czy jest ktokolwiek, kto popierałby umieszczanie kłamstw w sieci? Odpowiedzi wydają się oczywiste. Dlatego każde z tych rozwiązań zyskuje poparcie. Eksperci jednak przestrzegają, że warto przyjrzeć się całokształtowi, poukładać puzzle. Wtedy ten obraz może być zupełnie inny.

Źródło: Forsal.pl

Poprzedni artykułMacierewicz działa na szkodę Polski? Modernizacja armii wstrzymana
Następny artykułStrzelał do robotników? Tajemnica życiorysu posła PiS