Ministerstwo nie dotrzymuje słowa. Będą protesty?

Zgodnie z wcześniejszą deklaracją resortu zdrowia od stycznia 2018 roku wszyscy ratownicy pracujący na pogotowiach i w szpitalach mieli otrzymać podwyżki. Jednak jak donosi Gazeta Wyborcza ministerstwo nie wywiązało się z obietnic. Teraz polskim karetkom grozi paraliż, bo ratownicy medyczni chcą wymusić na rządzie zwiększenie wynagrodzeń za pomocą protestu.

„Zawsze staliśmy na stanowisku, że nie powinniśmy protestować kosztem pacjentów, ale doświadczenie uczy, że łagodny protest nic nie daje” – ostrzega Roman Badach-Rogowski, przewodniczący związku zawodowego ratowników.

Reklamy

Rok temu protestu udało się uniknąć. Pracownicy pogotowia i szpitali odstąpili od jego rozpoczęcia, gdy ówczesny wiceminister zdrowia, Marek Tombarkiewicz, zawarł z nimi porozumienie. Wiceszef resortu obiecał ratownikom podwyższenie płac o 400 zł od lipca 2017 roku. O kolejne tyle miały wzrosnąć pensje wypłacane już w roku 2018, ale, jak się potem okazało, pieniądze wbrew wcześniejszym deklaracjom nie trafiły do wszystkich, a jedynie do pracowników pogotowia. Ratownicy zatrudnieni w szpitalnych SOR-ach i przychodniach nie dostali nic.

Ministerstwo stwierdziło, że te placówki powinny samodzielnie zadbać o wydzielenie ratownikom podwyżek z pieniędzy, które otrzymały w ramach zwiększonych kontraktów od NFZ. Jednak szpitale i przychodnie musiały przeznaczyć te środki na zwiększenie płac dla pozostałych pracowników, bo w międzyczasie weszła w życie ustawa o minimalnych wynagrodzeniach w służbie zdrowia, w której ratownicy medyczni nawet nie figurują. Związki zawodowe są zdania, że takie rozporządzenia rządu są przejawem dyskryminacji, a także pogwałceniem zawartego przed rokiem porozumienia.

Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało, że wprowadzi powszechne podwyżki. Pieniądze się znalazły, ale będą wypłacane tylko za okres od lipca 2017 roku do grudnia 2018 roku. Potem wyższe wynagrodzenia utrzymają wyłącznie pracownicy SOR-ów, a w izbach przyjęć pensje mają wrócić do poprzedniego poziomu. Co oznacza, że wykonujący tę samą pracę ratownicy z dwóch karetek w jednym szpitalu będą otrzymywać różne pensje. A taka sytuacja nie jest zgodna z kodeksem pracy. Zdarza się jednak nagminnie, zwłaszcza w pogotowiach, gdzie zespół ratowników współtworzą również pielęgniarki, choć tym ostatnim udało się wywalczyć znacznie wyższe stawki.

„To jest jawna dyskryminacja. Przecież, gdy dawano podwyżki pielęgniarkom nikt nie pytał czy pracują w szpitalu czy w poradni” – dodaje Roman Badach-Rogowski. Ratownicy wskazują, że ich protest jest nieunikniony. To oznacza, że pracownicy zatrudnieni na kontraktach nie przyjdą do pracy, a ci, którzy mają etaty, najprawdopodobniej wezmą zwolnienie lekarskie. Karetki staną, a pacjenci nie otrzymają pomocy.

Źródło: Gazeta Wyborcza