Sztab ekspertów i prokuratorów wciąż nie może ustalić z jaką prędkością poruszała się luksusowa limuzyna Beaty Szydło w chwili wypadku w Oświęcimiu. Samochód został tak mocno uszkodzony, że nie nadawał się do naprawy. Na dodatek auto nie posiadało ubezpieczenia AC. Od wypadku minął już rok, ale sprawa nadal nie jest zamknięta. 

Limuzyna za kilka milionów złotych rozbita, a dane z pokładowego rejestratora UDS, dedykowanego dla pojazdów uprzywilejowanych, nadal nie zostały odczytane. Dlaczego? Czy prawdziwą przyczyną jest fakt, że kolumna rządowa znacząco przekroczyła prędkość i nie używała sygnałów dźwiękowych? Do wypadku z udziałem Beaty Szydło doszło 10 lutego 2017 roku w Oświęcimiu. Policja poinformowała w swoim komunikacie, że rządowa kolumna trzech samochodów wyprzedzała Fiata Seicento. Jego 21-letni kierowca przepuścił pierwszy samochód, a następnie zaczął skręcać w lewo i uderzył w auto szefowej rządu, które następnie uderzyło w drzewo. Sprawa stała się głośna dzięki zaangażowaniu wielu tysięcy osób, które poruszył los młodego kierowcy, którego rządzący obarczyli winą za wypadek. Tymczasem zarówno on jak i świadkowie zdarzenia konsekwentnie podtrzymują, że pędząca kolumna poruszała się zbyt szybko i nie miała włączonej sygnalizacji pojazdów uprzywilejowanych. 
12 miesięcy na wyjaśnienie wypadku komunikacyjnego to bardzo dużo czasu. Prawdopodobnie za rządów PiS nie dowiemy się nigdy z jak wielką prędkością podróżowała Beata Szydło i dlaczego samochód został tak mocno zniszczony. Nieudolność władzy, dyletanctwo i kompletny brak odpowiedzialności za swoje czyny czyli swojego rodzaju arogancja władzy stają się dzisiaj znakiem rozpoznawczym rządzących. 
źródło: Rzeczpospolita 
Poprzedni artykułFizyk obnaża błędy polskiego szkolnictwa. Jego wpis podbija internet
Następny artykułAgent Tomek prześwietlony przez śledczych i… reporterów TVN